Wejście na Gerlach Drogą Martina | 8academy
05.11.2021

Wejście na Gerlach Drogą Martina

Każdy, kto był na Rysach na pewno podziwiał monumentalną sylwetkę najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlacha. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na pewno po wejściu na najwyższy szczyt w Polsce wzrok ciągnie ku najwyższej górze w całych Tatrach. Masywne oblicze z charakterystycznym „wcięciem” w okolicach szczytu jawi się jako świetny cel kolejnego górskiego […]

                       

Każdy, kto był na Rysach na pewno podziwiał monumentalną sylwetkę najwyższego tatrzańskiego szczytu – Gerlacha. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na pewno po wejściu na najwyższy szczyt w Polsce wzrok ciągnie ku najwyższej górze w całych Tatrach. Masywne oblicze z charakterystycznym „wcięciem” w okolicach szczytu jawi się jako świetny cel kolejnego górskiego wyzwania. Zwłaszcza wejście na Gerlach Drogą Martina wydaje się bardzo pociągające.

W przeciwieństwie do Rysów, na najwyższą górę zarówno Tatr jak i całych Karpat nie prowadzi żaden szlak turystyczny. I chociaż, jak to często w przypadku tych najwyższych szczytów bywa, wcale nie jest on najtrudniejszy do zdobycia, to brak szlaku nieco komplikuje to sprawę i studzi entuzjazm. Chcąc stanąć na wznoszącym się na 2655m n p. m. Gerlachu musimy albo wybrać się na niego z przewodnikiem, albo posiadać odpowiednie górskie doświadczenie. Wariant pierwszy omówiony jest w tekście Piotra Czmocha o wejściu przez Wielicką Próbę.

W drugiej opcji najpopularniejszą drogą na Gerlach jest tzw. Droga Martina, którą Alfred Martin przeszedł w 1905 roku. Prowadzi ona piękną, długą granią, wyraźnie widoczną już od podejścia na Polski Grzebień. Równie imponujące wrażenie robi też kiedy obserwujemy ją stojąc na wspomnianych na początku Rysach. I choć trudności nie należą do wygórowanych – wg różnych źródeł oscylują pomiędzy II a III stopniem – to jej przejście stanowi naprawdę świetną przygodę.

Grań Martina prowadząca na Gerlach z Rysów (fot. Piotrek Deska)

Wejście na Gerlach Drogą Martina – skąd startujemy?

Samochód zostawiamy na parkingu w Tatranskiej Poliance i ruszamy do góry. Niezależnie od tego, czy planujemy wejście z przewodnikiem, czy chcemy pójść na Grań Martina, w pierwszej kolejności musimy podejść pod Śląski Dom. Stąd kierujemy się na Polski Grzebień, gdzie schodzimy ze szlaku już bezpośrednio na grań. Szybkim tempem, z przerwą na kawę w Śląskim Domu, udaje nam się pokonać ten odcinek w 2h45m. Mając na uwadze, że grań jest długa, jesteśmy w trójkowym zespole a jesienne dni są krótsze, to staramy się nadrabiać czas, gdzie tylko jest to możliwe.

Przed wejściem na grań – Polski Grzebień (fot. Piotrek Deska)

Polski Grzebień – Litworowy szczyt

Początkowy odcinek wiedzie wyraźną ścieżką. Jednak już po kilkuset metrach wchodzimy w typowo graniowy teren. Zdecydowanie jest to miejsce, w którym należy założyć kask i warto związać się liną. Na tym odcinku czeka nas również ścianka, którą najprościej jest pokonać zjazdem. Większość terenu nie różni się jednak zbytnio od poruszania się szlakiem i udaje nam się go pokonać dość sprawnie. W powietrzu czuć jednak nadchodzącą zmianę pór roku, bo góry tego dnia są wyjątkowo surowe. Zarówno od strony wizualnej, bo zieleń już praktycznie wszędzie poznikała, ale przede wszystkim ze względu na dość silny tego dnia wiatr i całkiem sporą ilość śniegu i cienkiego lodu na grani.

Początek grani tuż nad Polskim Grzebieniem (fot. Piotrek Deska)

Litworowy szczyt – Zadni Gerlach

Po początkowym odcinku, który stanowi swego rodzaju rozgrzewkę, wchodzimy wreszcie w teren, który pozwala poczuć górską przygodę. Na tym etapie zwiększa się ekspozycja. Trzeba też już znacznie lepiej orientować się w tego typu terenie i wiedzieć, którą linię najkorzystniej będzie wybierać, żeby sprawnie się poruszać. Zwiększają się też trudności techniczne, a w naszym przypadku smaczku dodają jesienno-zimowe warunki, jakie zastaliśmy w zacienionych partiach grani. Zmianie ulegają też widoki – oczywiści na lepsze. O ile do Litworowego niewiele było miejsc, w których chciałoby się zatrzymać i zrobić zdjęcie, tak w „środkowym sektorze” tempo nieco spada ze względu na fotograficzne ambicje.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Wejście na Gerlach Drogą Martina: warunki na grani były bardzo różnorodne (fot. Piotrek Deska)

Zadni Gerlach – Gerlach

Po dotarciu na Zadni Gerlach zaczynają się największe atrakcje Grani Martina. Po pierwsze, na jego południowym zboczu wciąż leżą szczątki samolotu Li-2, który rozbił się w październiku 1944 roku transportując żołnierzy 2 Czechosłowackiej Brygady Spadochronowej. Zginęły wówczas 24 osoby a resztki maszyny przypominają o tej katastrofie każdemu, kto dotrze do tego miejsca.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Wrak samolotu na zboczach Zadniego Gerlachu (fot. Piotrek Deska)

Po minięciu wraku schodzimy na Przełęcz Tetmajera, z której rozpoczynamy najciekawszy wspinaczkowo fragment grani. Najbardziej eksponowany odcinek stanowi wisienkę na torcie. Doświadczeni wspinacze nie odczują tutaj większych trudności. Jednak dla osób mniej obytych w tego typu terenie może to być naprawdę niezapomniana przygoda. Po dojściu do grani szczytowej można już wypatrywać słynnego krzyża. Pozostaje jeszcze tylko trawers w kierunku wierzchołka, który też może wzbudzić niemałe emocje.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Wejście na Gerlach Drogą Martina: ostatnia „prosta” przed szczytem (fot. Piotrek Deska)

Gerlach 2655m n.p.m

Jeśli trafimy na dobre warunki, to panorama ze szczytu naprawdę może stanowić niezłą nagrodę za wysiłek, jaki trzeba było włożyć w przejście całej grani. Szczerze mówiąc, pochłonięty tym, jak kolejne granie na horyzoncie nakładają się na siebie tworząc wspaniały krajobraz w ogóle nie myślałem o tym, że zdobyliśmy najwyższy szczyt Karpat. Wiele innych aspektów było zdecydowanie bardziej satysfakcjonujących po przejściu Grani Martina.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych tatrzańskich krzyży – nie do pomylenia z żadnym innym szczytem (fot. Piotrek Deska)

Po odpoczynku na szczycie i oczywiście wielu zdjęciach pora zacząć schodzić w dół. Zejście tzw. Batyżowiecką Próbą nie jest wymagające technicznie, ale mimo wszystko czujność jest wskazana. Samo zejście nie jest zbyt czasochłonne – dość szybko traci się wysokość. W dolnej części czekają jeszcze łańcuchy, za którymi można już sklarować szpej i po chwili jesteśmy na szlaku. Ponieważ schodzimy tędy do Doliny Batyżowieckiej, to pozostaje jeszcze przejście Magistralą do wylotu doliny Wielickiej i możemy kierować się w stronę samochodu. Patrząc na mapę można odnieść wrażenie, że taka wycieczka to taki Tour de Gerlach. Faktycznie robimy w ciągu dnia ogromną pętlę.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Zejście Batyżowiecką Próbą. Wciąż warto asekurować się tam liną (fot. Piotrek Deska)

Wejście na Gerlach Drogą Martina – co zabrać?

Myślę, że ten akapit powinienem zacząć w taki dość asekuracyjny sposób. Kto ma już doświadczenie tatrzańskie, będzie doskonale wiedział jak się przygotować albo najpewniej Grań Martina ma już dawno za sobą. Z drugiej strony, tym, którzy tego doświadczenia nie mają, w pierwszej kolejności sugerowałbym wyjście z przewodnikiem.

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Widoki wynagradzają trudy (fot. Piotrek Deska)

I tu jest miejsce dla trzeciej grupy – będącej w środku spektrum – czyli tym, którzy w górach czują się już wystarczająco pewnie, ale jeszcze na Gerlachu nie byli. Choć, jak wspominałem na początku tego tekstu, nie jest to najtrudniejsza z tatrzańskich grani, jednak na pewno nie wolno jej lekceważyć. Zwłaszcza w jesiennych warunkach. Jak sami się przekonaliśmy, niektóre odcinki były już mocno oblodzone i w takich warunkach odczucie trudności ulega znacznym zmianom. Co w takim razie będzie niezbędne:

Wejście na Gerlach Drogą Martina
Droga Martina to jedna z najpiękniejszych grani w Tatrach (fot. Piotrek Deska)

Cała akcja samochód-Gerlach-samochód zajęła nam w sumie 11 godzin. Oczywiście nie próbowaliśmy iść na żaden rekord. Raczej nastawialiśmy się na przyjemny dzień w górach. Była kawa w Śląskim Domu, niejedna przerwa na zdjęcia, dłuższy moment, który spędziliśmy na szczycie. Ale możliwe jest też, że te przerwy nadrabialiśmy poruszając się sprawnie po grani. Dlatego warto mieć na uwadze, że jednak jest to długa wycieczka i należy ją odpowiednio zaplanować. Przy tym jest też naprawdę ciekawa i daje sporo satysfakcji. Dla mnie na pewno był to kolejny świetnie spędzony dzień w górach.

                   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.