04.03.2016

,,Everest” – kilka słów o wyprawach na najwyższą górę świata

Nie ma co ukrywać – wybierając się na „Everest” miałem mieszane uczucia, co do filmu. Ale mam zasadę, że nie wypowiadam się zanim nie zobaczę. Moja ciekawość była tym większa, że kiedy byłem na wyprawie na Everest w 2006 roku wszyscy w bazie przywoływali pamiętny wypadek. Była to wszak okrągła 10 rocznica. Przypomnieliśmy to sobie dokładnie mijając wykuty kamień ku pamięci Scotta Fischera.

Przechodząc do samego filmu, muszę stwierdzić, że o dziwo, pozytywnie mnie zaskoczył. Rzecz jasna, że takie filmy nie są kręcone dla himalaistów czy wspinaczy, stąd ludzie ze środowiska mający wiedzę na ten temat i swoje wyobrażenia, zawsze będę mieli do powiedzenia coś negatywnego. Musimy jednak pamiętać, że przeciętny człowiek zupełnie inaczej wyobraża sobie sytuacje w górach i często oczywiste dla nas sprawy są zupełną nowością dla tych, którzy chcą zobaczyć himalajskie wyprawy w filmie. Znam to bardzo dobrze z prowadzonych przeze mnie wypraw i pytań, które podczas nich padają. Stąd zupełnie mnie nie dziwi przygotowywanie filmów fabularnych właśnie pod niedoświadczonego z górami wysokimi odbiorcę. Po prostu filmy dla wspinaczy można robić na festiwale filmów górskich, ale nie pod szerokiego odbiorcę do kin.

Dla mnie osobiście dużym zaskoczeniem była spora ilość realistycznego materiału zdjęciowego. Z dużą przyjemnością oglądałem ujęcia znanych mi miejsc z trekkingu do bazy pod Mount Everestem i już podczas samej wyprawy. Oczywiście, że dużo ujęć było zmontowanych, jednak to, co było w kadrze i to nawet na dużych wysokościach, często pokazywało prawdziwe ujęcia z Everestu. Nowoczesna technika i filmowanie z helikoptera zrobiły dużo dobrej roboty pokazując skalę najwyższej góry świata. Myślę, że może nie w kwestii wypraw na sam Everest ale pod kątem himalajskich trekkingów, obejrzenie tego filmu może zdecydowanie zachęcić widza do pojechania do Nepalu. Ukazane podczas pięknej pogody widoki w drodze do Namche Bazar, następnie klasztor w Tengboche i błogosławieństwo Puja w klasztorze, naprawdę działają na wyobraźnię i robią wrażenie na oglądającym. Tylko Ci, którzy podążają pod najwyższą górę świata, mogą zobaczyć to na własne oczy, ale film Everest pokazuje to świetnie. Za Tengboche już szybki przeskok do bazy, choć faktycznie zajmuje to jeszcze kilka pięknych dni trekkingu. Osobiście zwróciłem szczególną uwagę na scenę, gdzie znoszą z bazy Sherpę oddychającego tlenem. Według mnie bardzo ważny moment filmu pokazujący przestrogę przed górami wysokimi. Wierzcie mi, że nawet Sherpowie na tych wysokościach miewają problemy. Stąd częste opowieści o tym, jak łatwo wchodzi się na Everest i że wystarczy tylko kasa pozostawię tutaj bez szerszego komentarza. Myślę, że nigdy nie usłyszymy czegoś takiego od człowieka, który kiedykolwiek przebywał na dużych wysokościach. I tak to pozostawmy.

Film Everest - warto zobaczyć i wyrobić sobie własną opinię

,,Everest” – warto zobaczyć i wyrobić sobie własną opinię

W ciekawy i realistyczny sposób była pokazana również logistyka i organizacja tego typu wypraw, choć oczywiście czasem mocno podkolorowana na potrzeby filmu. Z tym, że trzeba tu powiedzieć, dotyczy wyłącznie tych ogromnych, komercyjnych wypraw typu „amerykańskiego”, z bardzo dużą ilością uczestników. Ja osobiście mam mieszane uczucia co to takich molochów i preferuję wyprawy w bardziej kameralnych grupach. Bardzo jednak realistycznie pokazano odprawy w bazie, informacje z zakresu uświadamiania uczestników wyprawy co do chorób wysokościowych i innych zagrożeń. Jest to bardzo ważny element na każdej tego typu wyprawie. Niestety ze smutkiem muszę tez stwierdzić, że sam tez widziałem na własne oczy pod Everestem sceny z uczenia klientów zakładania i chodzenia w rakach, co było pokazane w filmie. Tu celowo używam słowa „klient”, którego bardzo nie lubię w górach, ale tego typu ludzi trudno nazwać współuczestnikami wyprawy. Tego typu zachowanie organizatorów wypraw nazwałbym zdecydowanie nagannym. Znam z autopsji tego typu zapytania od ludzi, ale nigdy bym dla pieniędzy nie zaproponował czegoś takiego niedoświadczonej osobie. Wprawdzie zawsze jest ten pierwszy raz, ale jechanie na ośmiotysięcznik bez wcześniejszych wypraw na pięcio-, sześcio- czy siedmiotysięczniki, to jak skakanie do ostatniego szczebla na połamanej drabinie.

Już w 1996 roku, jak pokazuje film, zdawano sobie sprawę z kolejek na Evereście i niestety do dziś ta sprawa nie została radykalnie rozwiązana. Pytanie tylko czy jest na to skuteczny sposób. Każda góra, która jest „naj” będzie miała wielu chętnych na wejście. Jedynym ewentualnie skutecznym sposobem byłoby radykalne ograniczenie wypraw. Na to jednak ani Nepal ani Chiny się nie zgodzą, bo jest to dla tych krajów spory dochód za pozwolenia. A gdyby się na to zdecydowali, to zapewne wysokość opłaty za pozwolenia poszybowałaby tak wysoko, że Everest pozostałby wyłącznie w zasięgu milionerów. Więc może niech jednak tego nie robią – wspinacze sobie jakoś poradzą. Wszystko jest w granicach własnego rozsądku. Jednak też pamiętam naszą odprawę w gronie innych wypraw, gdy próbowaliśmy ustalać kto kiedy planuje atak szczytowy, aby uniknąć dużej ilości wspinaczy na drodze. Kłopot jednak tkwi w tym, że okien pogodowych na Evereście jest bardzo mało i wszyscy chcą je wykorzystać. Pozostaje więc bardzo często znakomite przygotowanie do wyprawy i szybsze poruszanie się niż inni uczestnicy. To zawsze daje większe bezpieczeństwo.

Film Everest ukazuje też niestety niezdrową rywalizację między wyprawami oraz między przewodnikami. To już uważam za niezwykle karygodne. I nie wypowiadam się o tej konkretnej wyprawie tylko generalnie o tego typu sytuacjach w górach, które nie powinny mieć miejsca. Film zapewne mocno to podkoloryzował ale myślę, że właśnie po to, aby pokazać to, co nie powinno mieć miejsca i jakie to może nieść za sobą konsekwencje. Bardzo niepopularne i zarazem bardzo trudne jest odsyłanie uczestnika na dół bez zdobycia szczytu, jednak od tego właśnie jest przewodnik, aby podejmował takie decyzje kiedy jest taka potrzeba. Niedoświadczony uczestnik po prostu nie jest w stanie ocenić właściwie sytuacji i nie ma się tu czemu dziwić, jednak przewodnikowi nie powinno się to zdarzać. Sam przewodnik jednak też nie jest nadczłowiekiem. Łamanie podstawowych zasad dotyczących przerw aklimatyzacyjnych i wypoczynku w górach zawsze jest igraniem z losem. Jest to temat na całą książkę, a nie recenzję więc musimy na tym poprzestać.

Autor na szczycie najwyższe góry świata

Autor na szczycie najwyższej góry świata

Sam atak szczytowy w filmie to już trochę film akcji i w sumie mnie najmniej się podobał, bo celowo zamiast piękna gór nakręcał grozę wydarzeń. Myślę jednak, że dość dobrze pokazał dramatyzm całej sytuacji oraz popełniane błędy. Zawsze, jeśli określimy godzinę powrotu do bazy, musimy jej dotrzymać. Góra nigdy nie jest warta zdrowia, a tym bardziej życia. Przekraczanie tych barier to stąpanie po bardzo cienkiej linii. Mogą sobie ewentualnie na to pozwolić samodzielni wspinacze, ale na pewno nie można tego robić z uczestnikami wypraw, którzy nie są świadomi przyszłych konsekwencji. Pamiętajmy, że góry są piękne ale musimy zawsze je szanować. To one są u siebie i tylko czasami pozwalają nam wejść na szczyt, my jesteśmy tam tylko gośćmi. Uszanowanie tych zasad daje radość i niezapomniane wspomnienia ze wspinaczki. Gór jest wiele, a każda z nich ciągle będzie stała w tym samym miejscu, zawsze można na nią powrócić.  🙂

Tomasz Kobielski – doświadczony wspinacz i alpinista, właściciel firmy Adventure 24 organizującej wyprawy wysokogórskie i wyjazdy w najdalsze zakątki świata.  

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.