14.02.2018

Zakochałem się we wspinaczce

Jeśli jesteś doświadczonym wspinaczem - zamilcz. Jeśli dopiero myślisz o wspinaniu, posłuchaj. Posłuchaj epickiej historii o przełamywaniu własnych słabości, odwadze, wyrzeczeniach, litrach wylanego potu, zmęczeniu, frustracji i - wreszcie - satysfakcji. Satysfakcji, która przeradza się w uczucie zadowolenia, gdy w końcu udaje ci się pokonać swoje pierwsze V w życiu. Tak, tak, nie żadne tam VII czy VIII. Zwykłe, amatorskie, niewymagające mięśni ze stali V.

Bywa, że człowiekowi w życiu jest z czymś po drodze. Poznaje właściwych ludzi, ma predyspozycje, ukierunkowują go rodzice, wydarza się odpowiedni splot okoliczności. No i bach! Zaczyna grać na gitarze, uczyć się języka, skakać ze spadochronem, nurkować, gotować, szydełkować… wspinać się. Zanurza się wtedy w pasji po uszy i świata poza nią nie widzi. Ale czasami – mimo szczerych chęci i zainteresowania tematem – jakoś trudno obrać właściwy kierunek. Bo za późno, bo za wcześnie, bo czasu za mało, by wszystkie te pasje pogodzić, bo nie ma z kim, gdzie i za co.

I właśnie tak było u mnie ze wspinaczką. Zawsze coś odciągało mnie od pójścia na ściankę po raz pierwszy. Wolałem treking, zmienność krajobrazu i przemieszczanie się z miejsca na miejsce z plecakiem. Góry, tak, pod każdą postacią, także na rowerze, ale wspinaczka? Wspinaczka (szczególnie ta skałkowa, okupiona rozstawianiem namiotu po krzakach) – mimo całego szacunku jakim darzyłem wspinaczy i ich dokonania – wydawała mi się jakaś taka statyczna, skupiona na jednym miejscu, jednej konkretnej drodze.

Myślałem tak oczywiście z perspektywy wspinaczkowego „kanapowca-teoretyka”, który się nią interesuje, czyta książki, ogląda filmy i podpatruje dokonania innych. Sam wyznaje jednak raczej zasadę typową dla nastolatka na dyskotece, który zamiast podejść do dziewczyny, chwycić ją za ręce i zaciągnąć do tańca, chowa się po kątach i patrzy, jak inni dobrze się bawią. Typowe „chciałbym, ale się boję”.

Chyba zakochałem się we wspinaczce

Nigdy nie ma dwóch tych samych przejść (fot. Piotr Deska)

I niestety te: „…ale się boję”, przeważało przez większość mojego dorosłego życia i przejawiało się w różnych postaciach. W jednym z wcześniejszych artykułów próbował je zdemaskować Mateusz Mazur. Ale swoje porady napisał z perspektywy doświadczonego wspinacza. Ja chciałbym dorzucić kilka słów od wspinaczkowego prawiczka, którego związek z tą dyscypliną – wybaczcie za to i następne porównania, bo chodzi mi tylko i wyłącznie o relację ze sportem – jest na etapie wzajemnego macania się i odpadania, gdy robi się naprawdę gorąco.

Daleko mi do poważnego związku i deklaracji na śmierć i życie. Dziś się kochamy, jutro możemy się nienawidzić. Takie życie. Ale choć nie mamy za sobą nawet jeszcze wspólnego wiązania się liną na kursie skałkowym, to widzę przed nami świetlaną przyszłość. Dlatego mimo krótkiego stażu, trochę się powymądrzam i spróbuję także ciebie droga czytelniczko / czytelniku zachęcić do znalezienia swojej ściany. Gwarantuję, że gdy zdecydujesz się w końcu stanąć z nią twarzą w twarz, nie będzie się długo opierała i na początku pozwoli się chociaż do siebie przytulić.

Nie mam się z kim związać…

Wspinaczka to sport, do którego potrzebujesz partnera. Choć są oczywiście tacy, którzy lubią solo, to i tak każdy z nich zaczynał z kimś. 99,9% ludzkości nie przeskoczy tego faktu i żeby zacząć się wspinać potrzebuje drugiej połowy. Ale czy to problem? Teraz, zaledwie pół roku po tym jak regularnie chodzę na ściankę widzę, że niespecjalnie. Jeśli naprawdę nie masz w swoim otoczeniu nikogo, kogo mógłbyś namówić na wspólną pierwszą wizytę na ściance (nie masz?), albo kogoś, kto już chodzi i mógłby cię wprowadzić w ten sport, to praktycznie na każdej sali jest instruktor. On będzie twoim pierwszy asekurantem. A jeśli trzeba to drugim i trzecim. Gwarantuję, że za czwartym razem będziecie już dobrymi znajomymi. Z dużym prawdopodobieństwem poznasz też w końcu kogoś, z kim wreszcie zwiążesz się z liną. Wspinaczka to sport towarzyski i szybko zacieśnia się węzły. A poza tym, w dzisiejszych czasach jest jeszcze przecież internet i dużo łatwiej znaleźć, kogoś z podobną pasją. Nie bądź więc taki nieśmiały(-a) i wyjdź z inicjatywą.

Jak zacząć się wspinać

Do wspinania trzeba dwojga – ale czy to jakiś problem? (fot. La Sportiva)

Jestem za stary na taki związek…

To może być jakiś argument. Ale raczej wtedy, gdy dobijasz siedemdziesiątki. A nawet wówczas, gdy jesteś w dobrej kondycji pewnie ciągle masz szansę spróbować, o co w tym wszystkim chodzi. Nie jestem fizykoterapeutą, ale zakładam, że jeśli jesteś sprawny(-a) fizycznie i nie masz problemów ze stawami, ścięgnami czy kręgosłupem, a do tego nie wyhodowałeś sobie 30 dodatkowych kilogramów, to śmiało w górę. Ja dobijam wieku inżyniera Karwowskiego, a na ściance widzę progres z każdą kolejną wizytą.

Nie mam wyjściowych butów ani fraka na pierwszą randkę…

Nic nie szkodzi. Naprawdę. Zwykłe, płaskie, sportowe buty, które będą dobrze przylegać do stopy, luźna koszulka i spodenki lub elastyczne dresy, które nie krępują ruchów, załatwią sprawę. Wiem, że liczy się pierwsze wrażenie, ale nie na ściance. Przyjdź w tym, co masz. Pierwsze 2-3 razy i tak nie zrobi to żadnej różnicy. Jak poczujesz, że może być z tego coś więcej, zainwestuj w wizytowe buty. Tak naprawdę to jedyny potrzebny sprzęt, który pozwoli ci na początku poczuć różnicę. Linę, uprząż i przyrząd asekuracyjny bez problemu wypożyczysz na sali – koszty są naprawdę niewielkie. Warto jedynie rozważyć spodnie za kolano, bo mogą cię ochronić przed otarciami. (Więcej na ten temat przeczytasz TUTAJ).

Wspinanie dla początkujących

Początki bywają trudne, ale naprawdę nie trzeba wiele, by zacząć (fot. Piotr Deska)

Strasznie to wszystko skomplikowane…

Wiązanie węzłów, asekuracja, przyrządy, oznaczenia i kolory dróg, skomplikowane nazwy przyrządów… A nie można od razu, bez tej całej otoczki? Można. Bo tak naprawdę, wcale nie jest ci ona potrzebna. Uczysz się jednego węzła, asekuracji partnera, podstawowych komend, i w górę. Potrzebujesz dosłownie jednej wizyty na ściance, by poznać zasady. Cała reszta przyjdzie z czasem. Jak w każdym związku pojawią się nowe konfiguracje, pozycje i urozmaicenia. Dotrzecie się, to pewne. Jeśli tylko dacie sobie czas, to wkrótce wylądujcie zapewne w skałach.

Naturalnie, że tylko z zabezpieczeniem

Czy to jest aby bezpieczne? Czy nic mi nie grozi? Tak, grozi. Podobnie jak na rowerze, podobnie jak podczas biegania, podobnie jak podczas chodzenia po Beskidach. Skala ryzyka jest dokładnie taka sama i ty ją dawkujesz. Jeśli będziesz robił wszystko wedle litery i kontrolował swojego partnera, to nic nie ma się prawa zdarzyć. Tak, miały miejsce wypadki nie z winy wspinającego czy asekuranta, ale to naprawdę promil. Zdecydowana większość wspinaczkowych „wpadek”, to ludzkie roztargnienie i nieprzestrzeganie wypracowanych przez pokolenia wspinaczy nawyków. Sprzęt wspinaczkowy poddawany jest dziś naprawdę rygorystycznym testom i jeśli ty nie nawalisz, to on raczej nie ma prawa cię zawieść.

Ścianka wspinaczkowa dla każdego

Wspinanie z dołem to kolejny etap wspinaczki, na początku nie musisz się nim przejmować, bo i tak będziesz wspinać się na wędkę. Instruktor pomoże ci postawiać pierwsze kroki. (fot. Piotr Deska)

Stawiam na bardziej dynamiczne związki

Zawsze uważałem, że we wspinaczce nie brakuje adrenaliny – w końcu wysokość robi swoje. Ale tak jak napisałem we wstępnych akapitach, wydawało mi się, że cały czas powtarza się tu tę samą sekwencję ruchów. Że krajobraz jest zawieszony w miejscu i nie ma specjalnie nic do oglądania (a ja właśnie to najbardziej lubię w sportowej aktywności – przemieszczanie się i zmianę otoczenia).

Och, jakże się myliłem! Dzieje się tu dużo i gęsto. I to praktycznie na każdym kroku. Przecież tu jest same przemieszczanie się i zmiana otoczenia. Non stop. Niesamowite jak ciało uczy się nowych ruchów, zaczyna szukać pozycji, w której może przylgnąć do ściany, piąć się wyżej i wyżej. A co dopiero w skałach! A co dopiero w tych wszystkich pięknych miejscach, które opisali redakcyjni koledzy i koleżanki! Skoro na jednej ściance, na której byłem do tej pory ledwie kilkanaście razy jest tyle ciekawych dróg, to ile czeka ich na mnie poza bezpiecznym dachem sali sportowej? Już nie mogę się doczekać, gdy wyjdziemy z moją nową pasją w teren.

Potrzebuję kogoś, kto mnie zrozumie

Co ciekawe, podobają mi się także rozmowy, jakie przeprowadzamy ze sobą podczas wspinaczki. Bywają głośne i pełne emocji – jak w każdym związku – lecz na szczęście tylko ja je słyszę. Odbywają się bowiem w mojej głowie i mają w zasadzie wyłącznie motywacyjny charakter. Dają mi kopa i chęć by nie odpuszczać, by zacisnąć zęby i spróbować jeszcze raz. W tym wspinaczka jest naprawdę dobra – uczy mnie, jak walczyć o swoje.

Innym z kolei razem – gdy wszystko idzie gładko – mogę liczyć u niej na zrozumienie i momenty błogiej ciszy. Wtedy nic kompletnie w mojej głowie się nie dzieje i mogę cieszyć się prostotą ruchów, odpocząć od codziennego przyciągania. Zupełnie tak, jak podczas długodystansowej wędrówki. Forma kinetycznej medytacji.

Gdzie się wspinać

Nikt nie mówi, że od razu musisz fruwać (fot. Piotr Deska)

A co jeśli nie stanę na wysokości zadania?

A kto powiedział, że musisz? Tu nic nie musisz. Niczego nikomu nie udowadniasz. Z nikim się nie ścigasz. Sam stawiasz sobie poprzeczkę i próbujesz ją przeskoczyć. Strącisz ją setki razy, to pewne, ale to właśnie to jest w tym sporcie piękne. Próba. Bo, gdy w końcu uda ci się dotknąć samego wierzchołka, to uczucie euforii, które będzie ci towarzyszyć jest naprawdę niepowtarzalne. Kto powiedział, że każdy musi być od razu Adamem Ondrą? Że musisz na tym polu osiągać jakieś sukcesy? Przecież we wspinaczce każdy podąża własną drogą. I gwarantuję ci, że nikt nie będzie tej drogi kwestionował, bo sam idzie w zupełnie innym kierunku.

To jak, dasz wspinaczce szansę?

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.