13.10.2017

Alex Honnold – wywiad z człowiekiem, który przesolował Freeridera

Alexa Honnolda nie trzeba przedstawiać chyba nikomu, kto choć trochę interesuje się wspinaczką i górami. Dokonania tego skromnego wspinacza z Sacramento, dosłownie przyprawiają o ciarki. Bo czy przejście jednej z najpiękniejszych ścian świata solo i bez żadnego zabezpieczenia nie jest dokonaniem z innej planety? Poniżej przedstawiamy rozmowę ze słynnym wspinaczem, jaką udało się nam przeprowadzić podczas XXII Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju, którego Alex był honorowym gościem.

Alex na początek coś łatwego, tak myślę, jak ważny jest minimalizm w twoim życiu, bo myślę, że jest istotny.

Tak, zdecydowanie jest ważny. Wiesz, żyłem w samochodzie przez dziesięć lat… Ale ostatnio kupiłem dom, więc tyle, jeśli chodzi o mój minimalizm. Chociaż byłem tam może 6 razy przez ostatnie 4 miesiące… Myślę, że nie tyle sam minimalizm jest dla mnie ważny, co myślenie, czy dana rzecz wnosi coś istotnego do mojego życia, czy jest spójna z moimi wartościami. Choć oczywiście jest to sedno minimalizmu, to ja bym siebie tak nie nazwał, raczej chodzi mi o świadome wybory, co chcę robić, gdzie być.

To słowo jest dosyć trendy ostatnio – minimalizm…

Tak, w pewnym sensie ono dobrze nie tłumaczy tej idei. Bo co to znaczy? Że nie mam dużo rzeczy, czyli ile? Cztery? Pięć? Dla mnie w znacznej mierze chodzi tu o świadome, nienarzucone wybory i wartość, jaką dany przedmiot wprowadza do twojego życia.

Alex Honnold na festiwalu w Lądku Zdrój

Skromny człowiek, który przesolował Freeridera (fot. Piotr Deska)

Spędzasz dużo czasu w Yosemite Valley czy w perspektywie upływającego czasu widzisz zmiany jakie się tam dzieją, wpływ komercjalizmu na to miejsce?

W zasadzie to uważam, że w Yosemite robi się świetną robotę, która pozwala utrzymać to miejsce w nienaruszonym stanie. Szczególnie jeśli odwiedzisz centrum turystyczne i zobaczysz te wszystkie zdjęcia z lat 50. i 60., ludzi rozbijających obozy na łące, korki, światła drogowe itd. – a na zdjęciach z lat 20. widzisz tylko ludzi pasących krowy. No i myślisz sobie, że przy takich tłumach park będzie już zawsze zatłoczony, tymczasem zarządcom idzie całkiem nieźle, zwłaszcza jak na miejsce, które co roku odwiedza 3 miliony turystów. Uderza mnie to, jak po jakimś czasie wracam do Yosemite i za każdym razem widzę małe, pozytywne zmiany – tu postawiono mały płot, tu przesunięto odrobinę drogę, ale ogólne odczucie o Yosemite jest ciągle to samo. To wyjątkowe miejsce.

Ale czy dla takiej persony sportowej jak ty, taka ilość turystów nie jest problemem, nie utrudnia wspinaczki? Wiesz, okrzyki w typie: “patrzcie, to Alex, wspina się!!”

Tak, zdecydowanie, to bywa czasami problemem…

Z jednej strony jesteś przecież wspinaczem, ale z drugiej osobą medialną, która jest pod ciągłym obstrzałem mediów.

Nie, to jest dla mnie akurat w porządku. To są świadome wybory jakich dokonuję. Choć czasami faktycznie muszę się trzymać na uboczu, nie przechodzę już przez Camp 4 (red. najsłynniejszy camp w Yosemite), nie spędzam czasu na El Cap Meadow (red. słynna polana pod El Captain), trochę aspołeczny się zrobiłem. Ale jednocześnie ta popularność to dla mnie niesamowita szansa żeby podróżować, odwiedzać miejsca takie jak to, doświadczać nowych kultur. To po prostu część wspinaczki. Dużo bardziej wolę robić to, niż mieć tradycyjną pracę.

Wywiad z Alexem Honnoldem

Z popularnością też trzeba sobie radzić… (fot. Piotr Deska)

Pamiętasz swoje pierwsze free solo?

Tak, pamiętam. Zrobiłem dwie drogi w okolicach Lover’s Leap w Sacramento, gdzie dorastałem – Knapsack Crack 5.5 i Corrugation Corner 5.7, ale one były bardzo, bardzo łatwe, dziś zrobiłbym je bez większego myślenia, ale wtedy… Wtedy to był dla mnie totalnie epicki wyczyn.

Jak dawno temu to było?

Myślę, że miałem wtedy 19 lat, czyli 13 lat temu.

Jak wygląda proces wspinaczkowy od pierwszego free solo – czegoś małego, do takiego przejścia jak Freerider.

Jak przejść od Knapsack Crack do Freeridera? Knapsack Crack jest strasznie łatwy – tak przy okazji to pierwsza tradowa droga, którą przeszła moja mama. A sam proces? To po prostu robienie setek, setek dróg. Dla mnie to jest ciągły, nieustający progres, za każdym razem ciut wyżej, ciut trudniej i kolejna droga, znowu odrobinę trudniejsza albo w innym stylu. Powolne pięcie się w górę. Wcześniej robiłem dużo, dużo, łatwiejszych dróg, ale przestałem to robić, bo nie wydaje mi się, że jestem na tym dużo w stanie zyskać. Teraz lepiej służy mi trening. Ale wcześniej, to było po prostu mozolne powtarzanie dróg.

Dlaczego akurat Freerider?

A dlaczego by nie?

No tak, wiadomo. Ale w Yosemite jest tyle pięknych dróg. Czy masz swoją ulubioną?

Naprawdę lubię, duże, trudne drogi w Yosemitach. Przesolowałem praktycznie wszystkie, które się liczą, na których mi zależy, które są honorne, i wiele, wiele innych formacji. Freerider był oczywistą sprawą, to taki klejnot, który nie był wcześniej zrobiony, ta droga jest naprawdę piękna.

Ciekawi nas jak organizacyjnie udaje się wam z Jimimy Chinem pstrykać takie świetne zdjęcia i kręcić filmy. To bardzo ryzykowne, gdy wspinasz się solo, bez liny.

To nie jest tak, że oni się wspinają ze mną. Są w konkretnych miejscach, a ja przechodzę obok nich, oni stoją w jednym punkcie. Poza tym przede wszystkim pracujemy razem nad jednym projektem ponad półtora roku, więc znają ścianę niemal tak dobrze jak ja. Kiedy solowałem Freeridera  po prostu każdy robił swoje. Ja myślałem tylko o moim zadaniu, nie musiałem zwalniać, robić czegokolwiek pod nich, robiłem swoje tak, jak chciałem, a oni pracowali obok i Mike kręcił film.

Migawka kamery ci nie przeszkadzała?

Kręcili film, więc nie było pstrykającej migawki. A nawet jakby, to komu to przeszkadza…

To dosyć głośne jak jesteś skupiony. Potrafi wybić z rytmu.

Nie bardziej niż ptak siadający na twojej ręce i wędrujący w dół albo sokół wędrowny pikujący tuż obok ciebie i łapiący innego ptaka. Wiele szalonych rzeczy dzieje się podczas wspinaczki…

Na przykład szybujący base jumper…

Ha, ha, tak, tak.

Amerykański wspinacz

„Podczas wspinaczki dzieje się wiele dziwnych rzeczy” – nawet nie chcemy wiedzieć jakich… (fot. Piotr Deska)

[Piotr Deska] Z mojej perspektywy kręcenie takich ujęć to zwykle wiszenie na linie nad wspinaczem, powtarzanie drogi, pozowanie do ujęcia, może 10% całych zdjęć to faktycznie sama wspinaczka.

Tak, ale ja myślę, że najlepsze ujęcia to te, gdy łapiesz prawdziwe napięcie związane ze wspinaczką, gdy widzisz, że ktoś ryzykuje swoim życiem, gdy są emocje i wysiłek. Większość moich zdjęć wspinaczkowych to też pozowanie…

[Piotr Deska] Szukanie idealnego ustawienia i kadru?

Tak, dokładnie. Gdy wspinasz się po pięknej złotej ścianie, podczas zachodu słońca, szkoda tego nie wykorzystać, powstają świetne zdjęcia, które można umieścić na plakatach i to przy dużo mniejszym wysiłku, ale nie ma w nich do końca tych samych emocji związanych ze wspinaczką. A przy projekcie ,,El Cap” chcemy uchwycić sens free solo i całej podróży, to od początku do końca dokument, który ma uchwycić te chwile, więc musi być rzeczywistym odzwierciedleniem tej wspinaczki, nie możemy sobie robić przerw i szukać idealnych kadrów. Zobaczymy jak ukaże się film, czy udało się osiągnąć zamierzony efekt, ale mam nadzieję, że będzie naprawdę dobry.

Co teraz Alex?

Normalne życie, normalne wspinanie…

Nie masz the next big one na swojej liście?

A czy jest the next big one?

Nie wiem, ty nam powiedz.

Wiesz co, od 10 lat Freeerider był na końcu mojej listy. Przez ostatnie 4-5 lat zostały mi cztery drogi na tej liście, on był ostatni, więc może odpuszczę solowanie bez liny. Kto wie… Są ciągle rzeczy, które chcę zrobić, ale myślę głównie o skupieniu się na moich ekspedycjach, wspinaczce sportowej. Zawsze chciałem zrobić drogę 9a albo 9a+… albo 8c+.

Tak, to łatwe dla ciebie, wiemy…

Nie, nie, to zawsze ciężka sprawa. Ja nie jestem takim silnym wspinaczem, więc dobrze byłoby się skupić na tej części wspinaczki. Zobaczymy.

Co inspiruje cię w codziennym życiu? Natura? Jakiś idol wspinaczkowy?

Nie wiem do końca. To zależy co rozumiesz przez pojęcie “inspiruje”. Wydaje mi się, że czerpię inspirację z naprawdę wielu źródeł. Na przykład od ludzi, którzy wytwarzają innowacyjne, przełomowe rzeczy – Elon Musk to dobry przykład. Jest bardzo płodny kreatywnie, pracowity, robi bardzo wiele różnych rzeczy, ma pozytywny wpływ na świat. Ale w ten sam sposób inspiruje mnie Tommy Caldwell, który super ciężko pracuje, osiąga rzeczy z ,,wyższej półki” (red. w 2014 r. obaj panowie pokonali trawers Fitz Roy). Generalnie lubię wybierać to, co w ludziach najlepsze, to co najbardziej mnie inspiruje. Wspinałem się wiosną odrobinę z Alexem Megosem i byłem pod super wrażeniem. Zainspirował mnie, żeby być trochę taki jak on – bardziej elastyczny, trenować mocniej, po prostu wykorzystać te elementy, które czynią go świetnym wspinaczem i przenieść je do swojej rutyny.

Gwiazda festiwalu górskiego w Lądku

Wspinaczkowy świat jest mały. Alex Honnold i Patxi Usobiaga podczas festiwalu (fot. Piotr Deska)

Ponoć dużo czytasz. Masz swojego ulubionego autora lub książkę?

Przez ostatnie 10 lat czytam bardzo dużo literatury non-fiction, więc to nie są zwykle tytuły, które czyta się dwa razy. Czytam sporo o sprawach środowiska, zmianach klimatu, nowych źródłach energii, elektrycznych samochodach i transporcie. Zwykle lubię się zanurzyć w jakiś temat i eksploruję go trochę bardziej. To każdorazowo taka podróż trochę.

To prawda, że twoja babcia była Polką?

Moja mama jest 100% Polką.

Ty nie mówisz po polsku, prawda?

Klika słów.

Byłeś w Polsce wcześniej?

Tylko raz, w Łodzi.

To nie jest wymarzony region wspinaczkowy…

No tak, to było na festiwalu górskim, jak ten. Ale zrobiliśmy sobie wtedy dwutygodniowe wakacje z moją mamą, siostrą i ojcem chrzestnym, który też jest Polakiem i ma rodzinę w Gdańsku i w Gdyni. Odwiedziliśmy północ waszego kraju, Kraków, Łódź. To był dobry czas.

[Piotr Deska] Masz jakieś plany związane ze wspinaczką tutaj?

Niespecjalnie. Jak dostanę się na lotnisko to lecę do Hiszpanii (śmiech).

No tak, ta pogoda… Jak porównasz polską Jurę do Katalonii, nie ma o czym mówić… (red. podczas festiwalu padał rzęsisty deszcz).

Wiesz, mieszkam teraz w Las Vegas. Ten region jest chyba najlepszym regionem w Stanach do wspinaczki przez cały rok, dlatego wizyty w takich miejscach jak to, traktuję raczej jako aspekt kulturowy, ciekawe przeżycie. W Vegas wspinaczka w tym momencie nie byłaby żadnym problemem.

Czasami jesień potrafi być w Polsce naprawdę piękna.

To chyba bardziej kwestia pogody w Europie ogólnie. W wakacje byłem przez miesiąc w Szwajcarii i też cały czas lało. Nie dziwię się, że wszystko jest tu zielone, bo po prostu cały czas pada (śmiech).

Lato jest u nas naprawdę świetne na wspinaczkę.

Tak, muszę was kiedyś odwiedzić bardziej w tym celu, ale wiesz to nie jest do końca wspinaczkowy kierunek, żeby zostać tu przez miesiąc i się wspinać. Raczej trzeba to powiązać z jakimś festiwalem lub wydarzeniem, muszę mieć powód, żeby zatrzymać się tu na dłużej.

Goście festiwalu w Lądku Zdrój

Wystąpienie Alexa należało do największych wydarzeń festiwalu (fot. Piotr Deska)

Jak byś zachęcił kogoś do wspinaczki? Kogoś, kto chce zacząć, ale się waha, czy to dla niego. Co dla ciebie jest w tym sporcie takiego wyjątkowego?

Zachęciłbym ogólnie ludzi do ruchu, żeby pójść do siłowni, spróbować czegoś, to dużo łatwiej dostępne, pozbawione jakiegokolwiek ryzyka. Ale jeśli chodzi o samą wspinaczkę, to dla mnie osobiście ma ona w sobie coś z podstawowych ludzkich ruchów, podobnie jak bieganie czy pływanie, to po prostu przychodzi naturalnie, jesteśmy do tego stworzeni, to proste i przyjemne. Spójrz na dzieci, one wszystkie uwielbiają się wspinać. Więc można założyć, że jeśli na przestrzeni lat nie zapomnisz o tych ruchach, to też przyjdzie ci to łatwo. Warto wybrać się na panel, spróbować, pobawić się tym trochę i zobaczysz czy to dla ciebie. Ale ja sam nigdy nie popycham ludzi do wspinaczki. Ja to kocham, ale jestem w stanie zrozumieć dlaczego ktoś może pomyśleć, że to niepoważne. Każdy musi znaleźć swoją ulubioną aktywność.

A co jest dla ciebie najlepsze we wspinaczce?

Dla mnie najlepsze jest poczucie ruchu, przemieszczanie się z punktu do punktu, huśtanie, chwytanie…

Precyzja ruchów?

Tak, po prostu feeling the flow…

[Piotr Deska] Dla mnie to trochę taki wertykalny taniec, jest tam miejsce na pewną choreografię. Zawsze dbam o czystość ruchów, tak żeby dla osób, które to obserwują też było to przyjemne.

Wiesz co, nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale gdyby się nad tym zastanowić to nie ma w moim życiu czegoś co mógłbym nazwać eleganckim i pięknym, ale wspinaczka właśnie taka dla mnie jest, po prostu dobrze się podczas niej czuję. Jak pływam, to jest to nieustanna walka o życie (śmiech), ale ze wspinaczką po prostu płynę, bez wysiłku.

Alex, wielkie dzięki za wywiad.

Dzięki, chłopaki.

Lądek-Zdrój festiwal górski

Z Alexem Honnoldem rozmawiali: Łukasz Czubak i Piotr Deska (fot. Piotr Deska)

 

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.