10.07.2018

Teraz czas na skały! Wywiad z Karoliną Ośką

Niedawno zrobiła swoje pierwsze 8c. Ten wyczyn był doskonałym pretekstem, by zadać jej kilka pytań. Zapraszamy na wywiad z Karoliną Ośką.

Jak się czujesz jako czwarta (chyba, że się mylę) Polka która zrobiła 8c?

Karolina Ośka: – Oj, więcej ich było: Ola Taistra, Kinga Ociepka, Nina Gmitter, Ida Kupś, Ola Przybysz, Sylwia Buczek. A może jeszcze o kimś zapomniałam? Jak widać 8c wśród kobiet to już wcale nie taka rzadka sprawa. Jeszcze trochę, a co druga dziewczyna z Korony będzie robić drogi w tych trudnościach. Fajnie że się załapałam na czas, kiedy to wciąż jeszcze coś znaczy. [śmiech] Za to kobiecych VI.7-mek na naszym polskim podwórku jest znacznie mniej. Nie próbowałam żadnego 8c poza Polską. Czyżby tam były ładniejsze? Może niedługo to sprawdzę?

Teraz czas na skały! - wywiad z Karoliną Ośką

Karolina Ośka (fot. Piotr Deska)

W ostatnim dwóch latach rzadziej można było Cię spotkać w skałach. Mogliśmy za to usłyszeć o wartościowych przejściach dróg wielowymiarowych, czy to na Picos De Europa, czy w Yosemitach. Czy przejście „Nie dla psa kiełbasa” oznacza nacisk na sportowe wspinanie w skałach?

– Tak, ale jest tu jeszcze drugie dno. Można powiedzieć, że to pewien etap, po którym znów przyjdzie czas na duże ściany. Wspinanie w skałach cały czas było obecne i ważne dla mnie, także przez ostatnie 2 lata wielowyciągowych zajawek. Przez ten czas bardzo zmieniło się jednak moje podejście do niego. Nadal chcę robić trudne drogi w skałach, ale teraz wiem, że to zaledwie ułamek tego co można wyciągnąć ze wspinania. Kiedy myślę o wspinaniu sportowym jako o celu samym w sobie, wydaje mi się ono niekompletne. Czegoś tam brakuje – jakiejś przygody, odrobiny czegoś nieznanego, a może jeszcze czegoś innego, czego nie potrafię nazwać. W dłuższej perspektywie wydaje mi się teraz po prostu mało rozwijające. Potrzebna mi jest jakaś zmienność. Kiedy zbyt długo wspinam się sportowo, wkrada się rutyna. Kiedy wspinam się tylko w górach, pojawia się znużenie całą otoczką – wczesnym wstawaniem, wiszeniem na stanowiskach i innymi niewygodami.

Ciągnie mnie do trudnych dróg wielowyciągowych, ale by takie pokonać, trzeba być świetnym wspinaczem skalnym. Muszę solidnie doładować, by drogi które chcę zrobić znalazły się w zasięgu. Więc powiem tak: teraz czas na skały!

Czy miałaś specjalny trening wiosną, czy po prostu tylko się wspinałaś?

– Miałam jesienią postanowienie, by w końcu solidnie i sensownie przepracować zimę, ale niewiele z tego wyszło. Pojawiły się trochę inne priorytety – stwierdziłam, że trzeba w końcu ogarnąć swoje życie zawodowe. Nie chciałam planować treningu, a potem wykonywać go byle jak albo frustrować się, że nie mam na to czasu. Nastawiłam się więc na czerpanie przyjemności ze wspinania i trenowanie tyle ile akurat będę w stanie. Cały czas mam w głowie myśl, by kolejną zimę solidnie przepracować według jakiegoś planu. Przydałaby mi się systematyczność.

Jakie są u Ciebie proporcje pomiędzy wspinaniem w skałach a na ściance?

– Zdecydowaną większość czasu wspinam się w skałach. Jeszcze do niedawna żadna siła nie zaciągnęłaby mnie na panel w słoneczny, czerwcowy dzień. Ostatnio jednak to się zmienia. Może dlatego, że na Koronie jest klimatyzacja? [śmiech]

A nawiązując do wcześniejszego pytania – ja na tyle mało się wspinam na ściance, że zwykle cokolwiek tam zrobię i tak to świetnie przekłada się na skały. W tygodniu przed zrobieniem Kiełbasy poszłam 2 razy na trening – pierwszy raz od kwietnia – i jak widać, to też się przełożyło.

Czy masz jakąś specjalną dietę, kiedy przygotowujesz się do trudnych dróg?

– Nie mam specjalnej diety. Cały czas odżywiam się podobnie. Staram się unikać słodyczy i pieczywa, ale różnie to wychodzi. Mam też swoje słabości – np. do masła orzechowego w dużych ilościach.

Co jesz w skałach?

– Zwykle zabieram w skałki w pudełeczku ser twarogowy z chią, płatkami owsianymi i owocami, a poza tym jem owoce, rodzynki i suszone daktyle.

Czy planujesz wspinać się w Mamutowej?

– Wspinam się tam dość regularnie, choć bez dużych oczekiwań i spektakularnych rezultatów. Wiem, że każda wstawka w ostatecznym rozrachunku przełoży się na jakąś trudniejszą linię, ale trudno powiedzieć kiedy to się stanie. To może zająć jeszcze bardzo dużo czasu. Póki co, jeżdżę tam treningowo/towarzysko/rekreacyjnie.

Jakie masz plany na ten sezon?

– Za tydzień jadę w Alpy na Petit Clocher du Portalet i na Kapucyna. Co będzie później? Hmm… to jest dobre pytanie. Właściwie spodziewałam się, że Kiełbasa zostanie mi na jesień. Wciąż mam co robić na Pochylcu, pewnie będę też częściej zaglądać do Mamuta. A jak już się ogarnę z nową pracą, to na koniec roku pewnie skoczę do Hiszpanii.

sukcesy Karoliny Ośki

Karolina Ośka (fot. Piotr Deska)

Gdy zapytaliśmy się kiedyś córki Waldemara Podhajnego “co robi jej ojciec, jak ogląda telewizję?”, odpowiedziała: „tata podciąga się na drążku”. A co Ty robisz w czasie wolnym?

– Na co dzień, poza wyjazdami, zwykle dość szczelnie wypełniam sobie czas wspinaniem, pracą, nauką. Rok temu wkręciłam się w programowanie i ostatnio głównie tym się zajmuję. Wolne chwile poświęcam na czytanie książek, albo spotkania z ważnymi dla mnie ludźmi.

A ile razy podciągasz się na drążku?

– Nie mam pojęcia, nigdy nie próbowałam podciągać się na rekord, ale raczej niewiele. Kiedy się podciągam, robię to w seriach po 10. Na pewno nigdy nie zadam ze szmaty.

Jaki masz obraz kobiecego wspinania w Polsce? Na Zachodzie nie brakuje kobiet wstawiających się w trudne drogi. W Polsce jest grono dobrych kobiet, ale znacznie wyprzedzają one peleton.

– Gdybym miała ocenić, jak wygląda kobiece wspinanie w Polsce tylko na podstawie osiągnięć dziewczyn, wśród których się obracam, powiedziałabym, że każda robi co najmniej VI.5. Widzę wokół siebie same mocne dziewczyny, w większości silniejsze ode mnie. Często swojej siły nie przekładają na skalne przejścia tak jakby mogły, ale myślę że to kwestia motywacji i priorytetów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to lekko zniekształcony obraz polskiego wspinania, ale wciąż wydaje mi się że to grono nie jest małe.

Czy mocno odbiegamy od świata? Wydaje mi się, że w większości krajów wygląda to podobnie – jest garstka kobiet robiących mocne przejścia w skałach. Na pewno w niektórych krajach jest lepiej jeśli chodzi o zawody, ale to nie zawsze idzie w parze ze wspinaniem skalnym.

Jesteś bardzo wszechstronna: skały, trad’y, wspinanie wielowymiarowe. Czy bulderujesz do tego?

– No i wydało się, że jednak taka wszechstronna nie jestem. [śmiech] Trudno mi się wkręcić w baldy, choć kilka razy próbowałam. Jakoś nie przemawia do mnie idea wchodzenia na kamyki. Poza tym nie lubię mantli i zeskakiwania z baldów. Nie wykluczam jednak, że i na bouldering przyjdzie kiedyś czas.

Jaki jest twój ulubiony rejon w Polsce i za granicą?

– Jeśli chodzi o Polskę, to nie będzie zaskoczenia, gdy wskażę Pochylec. Ze skalnych europejskich rejonów mam bardzo duży sentyment do Siurany i zawsze chętnie tam wracam.

Jakie są Twoje słabe strony we wspinaniu?

– Na pewno jest to siła. Brakuje mi zgięcia i mocy bulderowej.

Rozmowa z Karoliną Ośką

Karolina Ośka (fot. Piotr Deska)

Czy miewasz problemy z kontuzjami?

– Kontuzje trzymały się ode mnie z daleka, aż do zeszłego roku, kiedy zaczęłam mieć problemy z troczkami – najpierw w jednej, potem w drugiej ręce. Szczęśliwie zbiegło się to z przygotowaniami do wyjazdu w Yosemite, kiedy i tak chciałam wspinać się głównie w rysach, a skasowane troczki w tym nie przeszkadzały. W miarę możliwości wspinałam się też na Jurze po drogach, na których nie trzeba było zapinać. Taką drogą okazał się Pierdolony Ogranicznik. Nie było wtedy mowy o zapinaniu krawądek na Kiełbasie, więc z braku laku wstawiałam się w Power Playa, który jest raczej przystawką niż drogą, ale nie trzeba było na nim zapinać. Miałam nawet całkiem zaawansowane próby.

Obawiałam się, że kiedy pojadę w Yosemity, troczki dalej będą się odzywać. Przez długi czas czułam blokadę przed łapaniem krawądek. Wciąż zdarza mi się nerwowo sprawdzać po wstawce czy przypadkiem kontuzja znów się nie odzywa. Plusem tej sytuacji jest to, że już nie zapinam każdego chwytu i bardziej szanuję swoje palce.

Czy oprócz wspinania uprawiasz jakiś inny sport?

– Ogólnie dużo się ruszam i wszędzie przemieszczam się rowerem. Gdy zbliżają się wyjazdy w góry, biegam, żeby później nie zdychać na podejściach. Na nic innego nie mam czasu.

Pytania notuję, siedząc w Rodellar pod twoją pierwszą 7c RP. Jak opisałabyś w kilku zdaniach te 6 lat pomiędzy 7c a 8c?

– Pierwsze lata upłynęły pod znakiem pogoni za tym, żeby wspinać się więcej i lepiej: każdego roku kolejna życiówka, rankingi, niekończące się przeglądanie 8a.nu. Kiedy zrobiłam swoje pierwsze 7c, wszystkie plany na kolejne lata zaczęłam wiązać ze wspinaniem. To było tuż przez rozpoczęciem studiów w Krakowie. W trakcie studiów i podczas dwóch lat dziekanki wspinałam się naprawdę dużo, ale w pewnym momencie przestało mnie to już tak cieszyć. Może dlatego, że coraz trudniej było podnosić poprzeczkę cyfry, może przez przesyt i rutynę sportowych wyjazdów. Uświadomiłam sobie też, że nie chcę wiązać swojej pracy ze wspinaniem, bo to doprowadza do wypalenia. Zdystansowałam się mocno od trudności dróg, po których się wspinam. Nie uzależniam już swojego samopoczucia od tego, jak mi idzie w skałkach. Jeśli spadnę z VI.1, raczej będę się śmiać, niż denerwować, zastanawiając się co inni o tym pomyślą.

Wiem, że wiele dróg, w tym również Kiełbasę, mogłabym zrobić dużo szybciej, gdybym zamiast tyle wspinać się w skałach, trenowała na panelu. Tylko czy to by sprawiło, że będę szczęśliwsza? Jaki sens miałoby zrobienie trudnej drogi, jeśli musiałabym się zmuszać do każdego treningu? To jest najważniejsza rzecz, jakiej mnie nauczyły te lata między 7c a 8c. Wspinam się, bo to lubię i mnie to cieszy, a nie po to, by wpisać kolejną drogę do rankingu.

Absolutnie nie neguję wartości rywalizacji i motywowania siebie do wykorzystywania w 100% swoich aktualnych możliwości. To też jest coś, co bardzo cenię we wspinaniu. Doceniam piękno ruchu, naturę oraz ludzi. Czymś pięknym jest poczucie robienia rzeczy na granicy swoich możliwości, przy jednoczesnej pewności, że to się uda. Nie ma wtedy w głowie miejsca na inne rzeczy. To kwintesencja świadomości chwili. Można ją poczuć, niezależnie od tego czy robi się pierwsze 7c czy 8c.

Jaki jest twój najlepszy OS?

– Zrobiłam kilka szemranych 8-mek a, ale największą wartość ma dla mnie OS na drodze La Crema 7c+ w Siuranie.

Karolina Ośka 8c

Karolina Ośka (fot. Piotr Deska)

Na koniec zadam Ci pytanie, na które z pewnością czekają “sprzętowi maniacy”. W czym się wspinasz? Chodzi mi o buty, ekspresy i uprząż.

– Od ponad roku współpracuję z marką Climbing Technology, dzięki czemu mam możliwość testowania ich produktów oraz wybierania dokładnie takiego szpeju, jakiego potrzebuję zależnie od typu działalności. Bardzo przypadła mi do gustu uprząż Climbing Technology Ascent. Jest ona w pełni regulowana, lekka i wytrzymała, a przy tym bardzo wygodna. Używam jej wszędzie: w górach i w skałach. Jeśli chodzi o ekspresy na RP, w skały zabieram Climbing Technology Nimble Evo Set. Są one poręczne i, jak na taką konstrukcję, całkiem lekkie. Mają u mnie jeszcze jeden duży plus za ciekawą kolorystykę. Na długie drogi w skałach i OS-y wybieram: Climbing Technology Fly-Weight Evo Set XL. Dlaczego zdecydowałam się właśnie na te ekspresy? Przede wszystkim są one niezwykle lekkie – można wręcz zapomnieć, iż ma się je przy uprzęży. Przy tak niskiej wadze nie trzeba się zastanawiać, czy wziąć kilka ekspresów więcej – tak na wszelki wypadek. Tutaj preferuję model z tasiemką o długości 17 cm. Z tego samego powodu ekspresy Climbing Technology Fly-Weight Evo Set zabieram także w góry, jednak w tym wypadku decyduję się na wersję z tasiemkami o długości 22 cm.

Jeśli chodzi o buty, to u mnie przewinęło się już sporo par, ale przez ostatnie 3 lata wspinałam się głównie w modelu Ocun Ozone. Polubiłam je ze względu na wygodę oraz to, że nie trzeba przez długi czas się męczyć z ich rozbijaniem. Poza tym są bardzo uniwersalne. W zależności od tego czy wybieram się w skały czy w góry, biorę po prostu większy lub mniejszy rozmiar. Buty te nadają się właściwie do każdej formacji i typu skały… z wyjątkiem wyślizganych, typowo jurajskich dróg, na których stopnie to dziurki. Na takie drogi wolę zabrać buty Ocuny Diamond. Niedawno dałam też szansę butom La Sportiva Miura VS i na ten moment, jeśli chodzi o Jurę, to jest mój faworyt. W rysach nieźle sprawdzały się Ocun Oxi QC – ich dużą zaletą jest zalany gumą wierzch buta.

Dziękuję za rozmowę

Z Karoliną Ośką rozmawiał Piotr Czmoch

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.