22.08.2018

Tłumy w Tatrach

Miesiące wakacyjne stały się już tradycyjnie okresem, w którym media relacjonują to, co dzieje się w Tatrach: czterogodzinna kolejka po bilety na Kasprowy, Orla Perć powinna być via ferratą, tłok na drodze do Morskiego Oka, kolejka na Giewont, zmęczona turystka żąda od TOPR-u transportu ze schroniska... itd.

Co roku media są zaskoczone tym, że latem wyższe partie Tatr przyprószyło śniegiem. Do śniegu media ogólnie mają ciekawy stosunek. Białe powinno być w Polsce wyłącznie Boże Narodzenie, a potem śnieg powinien utrzymywać się w okresie ferii, ale wyłącznie w górach. Każdy opad śniegu w styczniu czy lutym budzi w mediach niesmak, a latem w Tatrach coroczną sensację. Czego więc wymagać od mediów, kiedy piszą o górach? Słyszałem kiedyś w radio, jak redaktor ogólnopolskiej stacji mówił podczas relacji z zawodów: „Jest tak ślisko, że gdyby nie membrana w moich butach, to bym się na pewno przewrócił”.

Jednak problem tłumów w Tatrach faktycznie istnieje. Mam nawet wrażenie, że przez ostatnie dwa, trzy lata bardzo mocno się nasilił. Każdy kto próbował zarezerwować nocleg w popularnym schronisku tatrzańskim wie, że w niektórych obiektach jest to niemożliwe już kilka miesięcy wcześniej. Nawet we wrześniu, w środku tygodnia, na Rysy wchodzi 100-200 osób. W tej sytuacji przebywanie w Tatrach staje się lekkim koszmarkiem. A pomimo tego tłok jest coraz większy.

Przygotowanie wycieczki w Tatry

“Część osób wybierających się na szlaki powyżej schronisk nie ma wystarczających umiejętności, kondycji czy sprzętu.” (fot. Piotr Deska)

Trzeba mierzyć siły na zamiary

Trwają ciągłe dyskusje: ułatwiać dostęp czy nie ułatwiać dostępu do naszych najwyższych gór? Media nakręcają sytuację: Gazeta Wyborcza z 3 sierpnia 2018 pisze o turystach, którzy przeszli Orlą Perć: ”Czują się członkami elitarnej wśród turystów grupy” – pomimo tego, że sprawna osoba pokona Orlą Perć bez żadnego problemu. Początkujący adept kursu wspinaczkowego nie zauważy tam żadnych trudności i nie będzie korzystał z żadnych ułatwień. Dzieci w pierwszych klasach podstawówki potrafią pokonać trudniejsze od Orlej Perci via ferraty (pod warunkiem, że opiekun wie co robi). Jesteśmy jednak krajem nizinnym, wiec poziom wiedzy o górach jest żenująco niski. Stąd niedowierzanie turystów stojących latem nad Morskim Okiem, że to białe u góry to śnieg. I pomimo stosunkowo łatwych tras, które są w naszych Tatrach, część osób wybierających się na szlaki powyżej schronisk nie ma wystarczających umiejętności, kondycji czy sprzętu. Oczywiście nie twierdzę, iż Orla Perć jest tak łatwa, że każdy może na nią iść. Wprost przeciwnie! Trzeba mierzyć siły na zamiary, a respekt przed górami to pożyteczna cecha. Każda skrajność jest zła, więc nie biegnijmy jednak na szlak czy szczyt tylko po to, aby stać się „górską elitą”.

Co zabrać na Orlą Perć

Orla Perć i legendarna drabinka nad Kozią Przełęczą. (fot. Piotr Deska)

Łańcuchy czy via ferrata?

Niektórzy przewodnicy, chyba licząc na nowych klientów, forsują pomysł przekształcenia wspomnianej Orlej Perci we via ferratę – strasząc przy tym ilością ofiar śmiertelnych, czy nazywając łańcuchy archaizmem, o którym Zachodnia Europa już zapomniała. Jednak trzeba pamiętać, że idea łańcuchów jako sztucznych ułatwień jest inna, niż klasycznej via ferraty. Łańcuchy służą do pomocy (przytrzymania) w razie potrzeby, stalowa lina na drodze via ferrata służy wyłącznie asekuracji, a jako sztuczne ułatwienia mamy rząd klamer. Dlatego drogi via ferrata prowadzą przez miejsca mniej czy bardziej strome, z dużą ekspozycją. Orla Perć, jak i szlak na Rysy, to raczej głównie trudności kondycyjne. Można te szlaki pokonać zupełnie bez korzystania ze sztucznych ułatwień. Łańcuchy nie są archaizmem. W Alpach, po prostu, praktycznie się ich nie montuje, ponieważ na odcinkach gdzie w Tatrach są łańcuchy, w Alpach nie przewiduje się żadnych ułatwień. TOPR kilka lat temu rozpoczął promowanie lonży do via ferraty na szlakach wyposażonych w łańcuchy. Co ratownicy mieli zrobić widząc osoby, które na tych szlakach znaleźć się, być może, nie powinny? Jednak przekształcenie tych tras w klasyczne via ferraty będzie dla wszystkich jasnym sygnałem: każdy może tam iść, ponieważ jest bezpiecznie. W końcu jest asekuracja. Aby od razu odeprzeć pretensje części czytelników: nie mam nic przeciwko używaniu lonży na szlakach wyposażonych w łańcuchy, czy nie odmawiam komukolwiek prawa do wycieczek na takie szlaki.

Tłumy w Tatrach

Łańcuchy na szlaku na Rysy. (fot. Leszek Goździcki)

Czy czekają nas ograniczenia?

Aktualnie tendencja jest taka, że każdy może spróbować i zrobić co sobie wymyśli. Nie tylko w górach. Może wejść na każdy szczyt, przejść każdy szlak, czy uprawiać każdą aktywność. Ale czy faktycznie powinniśmy ułatwiać tak bardzo dostęp do wyższych partii Tatr? Mam przeczucie, iż prędzej czy później TPN zostanie zmuszony do wprowadzenia jakiś ograniczeń dotyczących ilości ludzi w Tatrach, ponieważ tamtejsze szlaki nie pomieszczą tylu chętnych (jeżeli wzrost ilości turystów nadal będzie tak dynamiczny). Orla Perć jest jednokierunkowa w części swojego przebiegu. Na Mont Blanc wprowadzane są już czasowe ograniczenia dotyczące niektórych dróg wejściowych. Ale co tam góry! Miasto Dubrownik wprowadziło, wzorem innych miejsc, dzienne ograniczenia turystów odwiedzających starówkę. Nie łudźmy się, iż ten trend nie dotknie w przyszłości Tatr.

Jak to robią inni?

Będąc w Yosemitach chcieliśmy wybrać się na kilkudniowy trekking. System wdrożony w tamtejszych parkach narodowych działa perfekcyjnie. Udaliśmy się do biura parku, gdzie sprawdzono, na które szlaki możemy dostać pozwolenie. „O! Tutaj mamy jeszcze ostatnie! Bardzo ładne miejsce! Jutro możecie ruszać” powiedziała pani ranger i wręczyła nam pozwolenie. Zasady są tam proste: śpi się na bezobsługowych „polach namiotowych” (wyposażonych w ekologiczną toaletę i metalowe skrzynki, w których chowa się wszystko co może zainteresować niedźwiedzie). Poza wyznaczonymi miejscami można nocować gdziekolwiek, pod warunkiem, iż ma się ze sobą specjalny plastikowy pojemnik, w którym przetrzymuje się jedzenie, a którego niedźwiedź nie jest w stanie rozwalić. Dodatkowo dostaje się woreczek, aby wynieść w nim zużyty papier toaletowy. Przez trzy dni spotkaliśmy tyle osób, ile zmieści się przy dwóch stołach jadalni w Morskim Oku. A całe Tatry zmieściłyby się w połowie każdej z tamtejszych dolin. Wtedy zrozumiałem, że każde góry należy chronić przed zbyt dużą ilością turystów. Oczywiście wprowadzenie jakichkolwiek ograniczeń w Tatrach będzie smutnym momentem, ale jeżeli do tego dojdzie oznaczać to będzie, iż TPN został do tego zmuszony sytuacją panującą na szlakach.

Wczytuję galerię

Tłumy w Tatrach – jak rozwiązać problem?

W tej chwili naturalnym ograniczeniem jest schroniskowa baza noclegowa. Nie każdy jest w stanie dojść z Palenicy do Moka, wejść na Rysy i zejść w tym samym dniu z powrotem do samochodu. Identycznie z Orlą Percią. Ale jak widać, i tak panuje na tych szlakach tłok. Nigdy jednak w mediach nie przeczytałem o długoletnich planach rozwoju Zakopanego i okolicy w celu odciągnięcia turystów od Tatr. Można by zaproponować im spędzenie urlopu w inny sposób, niż w kolumnie osób maszerujących do Morskiego Oka, czy w ogonku po bilet na kolejkę na Kasprowy. Nie czarujmy się, że spacer do Morskiego Oka jest czymś fajnym, gdy tłok większy niż na głównej ulicy w Gliwicach, a w schronisku zdobycie miejsca siedzącego jest jak wygrana w loterii. Zbudowanie oferty atrakcyjnego spędzania czasu w okolicach Zakopanego musi być jednak skoordynowanym planem, obejmującym transport, wspierającym sensowne inwestycje. Przykład można brać ze Słowacji: trasy rowerowe o różnego rodzaju trudnościach, regularnie jeżdżące pojazdy szynowe wzdłuż Tatr (zamiast smrodzących, starych busów), brak chaotycznej zabudowy, małe atrakcje, na które można się wybrać z rodziną. Kolejnym przykładem może być Austria. Wynajmując latem noclegi w niektórych miejscach (np. w Schladming) otrzymuje się za niewygórowaną kwotę karnet, który umożliwia odwiedzenie praktycznie wszystkich atrakcji w okolicy: kolejek, basenów, parków linowych, torów saneczkowych itp. Przez tydzień trudno jest wszystko zobaczyć i wszystkiego spróbować. Można? Można!

Tatrzańskie szlaki

Turyści na tatrzańskich szlakach. (fot. Piotr Deska)

Jeśli nie Tatry, to co?

Wszystkim, którzy nie lubią tłoku na szlakach, polecam wyjazd np. w austriackie Alpy. Od polskiej granicy można dojechać w Alpy Rax w 3-4 godziny, w dalsze pasma w 5-6 godzin. Przestrzeń, brak tłoku, możliwość biwakowania (jeżeli nie ma lokalnych ograniczeń), sporo schronisk. Warto spróbować i porównać. Może zdobycie Frauenkogel nie zbierze na Facebook’u tylu lajków co wejście na Rysy, ale można tam delektować się górami w samotności.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.