27.01.2018

Jedzenie w góry zimą

Burczenie w brzuchu, niedająca nam spokoju myśl o czymś, co można by wrzucić na ząb, a później spadek energii oraz... wycieczkowego morale. Organizmu nie da się oszukać. Niespakowanie do plecaka prowiantu, potrafi zamienić niewinny górski spacer w mały koszmar. Złe przygotowanie się do wyjścia może mieć jeszcze poważniejsze konsekwencje, gdy akcja rozgrywa się zimą.

Po prostu chłodna część roku dyktuje fanom hikingu, trekkingu, czy wspinaczki swoje surowe warunki. Trzeba mieć to na uwadze szykując ubrania, sprzęt, ale także prowiant. Jakie jedzenie w góry zimą? W tym artykule znajdziecie kilka wskazówek.

Od czego zależą nasze potrzeby energetyczne?

Nie jest tajemnicą, że do aktywności fizycznej potrzebujemy energii. Pozyskiwana jest ona w procesie trawienia, gdy dochodzi do rozpadu węglowodanów, tłuszczów i białka. W kontekście tematu tego artykułu kluczowym pojęciem będzie dzienne zapotrzebowanie energetyczne lub – jak kto woli – całkowita przemiana materii – CPM. Wspomniany parametr określa ilość energii (najczęściej podawaną w kilokaloriach – kcal), jaką w ciągu dnia musimy dostarczyć, żeby nasz organizm mógł właściwie funkcjonować. Wartość CPM zależy od wielu czynników – zarówno tych wynikających z cech indywidualnych (płeć, wiek, waga, wzrost, masa, przebieg procesu metabolizmu), jak i stylu życia (rodzaj oraz intensywność aktywności fizycznej), ale też warunków zewnętrznych (temperatura, wiatr, wilgotność powietrza).

Jedzenie w góry zimą

Zimowe aktywności wiążą się ze zwiększonym zapotrzebowaniem energetycznym. Warto więc pamiętać o regularnych przerwach na uzupełnienie kalorii. (fot. Salewa)

Organizm wykorzystuje energię do wielu procesów. Przede wszystkim służy ona podtrzymaniu funkcji życiowych, takich, jak oddychanie, czy zapewnienie krążenia oraz odbudowa komórek i tkanek, a także do przeprowadzenia… samego procesu trawienia. Na wspomnianą na początku aktywność fizyczną przypada stosunkowo niewielka jej ilość (20 – 35% całkowitego zapotrzebowania).

Zapotrzebowanie energetyczne w warunkach zimowych

Jeśli poruszamy się w terenie górzystym, ukształtowanie terenu zmusza nas do nieco bardziej wzmożonego wysiłku – nic więc dziwnego, że rośnie zapotrzebowanie naszego organizmu na energię. Gdy do tego dochodzą warunki zimowe – brodzenie przez zaspy zalegające na nieprzetartym szlaku lub mierzenie się z drogami skutymi twardym lodem – musimy przygotować się na większy ubytek sił, niż wtedy, gdybyśmy podobne aktywności uprawiali latem, na bardziej stabilnym podłożu. Do tego dochodzą pikujące słupki rtęci, które zmuszają organizm do większego wysiłku, w celu zapewnienia odpowiedniej temperatury. Problemy często potęguje silny wiatr, który w górach zwykle hula z większą werwą, niż na nizinach. Jeśli zsumujemy powyższe fakty, wniosek może być tylko jeden: niezależnie od tego, czy zamierzamy wędrować po przyprószonych śniegiem ścieżkach Beskidów, czy szykujemy się na skutą lodem grań Tatr, zimą nasze zapotrzebowanie energetyczne wzrośnie. A jak to przekłada się na liczby? Szacuje się, że osoby, które nie prowadzą zbyt aktywnego trybu życia, potrzebują w ciągu dnia ok. 2000 – 2500 kcal. Zapotrzebowanie energetyczne osób chodzących po górach latem może się kształtować na poziomie ok. 4000 kcal, ale już wędrowcy zimowi powinni być przygotowani na wydatek energetyczny na poziomie nawet 7000 kcal.

Jedzenie w góry zimą – o czym warto pamiętać?

Podwyższone zapotrzebowanie energetyczne powoduje, że do zimowego wyjścia w góry trzeba się przygotować z jeszcze większą starannością, niż do wycieczek organizowanych latem. Solidne śniadanie (podobno najważniejszy posiłek w ciągu dnia, bo daje nam energię na start) i zestaw kanapek, jaki zwykle zabieramy ze sobą do pracy lub na uczelnie – to może być za mało. Tutaj potrzebna będzie naprawdę słuszna porcja kalorii. W jaki sposób ją dostarczyć?

Odżywianie w górach zimą

Schronisko górskie jest idealnym miejscem na przerwę obiadową. (fot. Columbia)

Zjedz ciepły posiłek w ciągu dnia

Latem bywamy skłonni zrezygnować z ciepłego obiadu na rzecz suchego prowiantu. Zwykle dlatego, że mamy zaplanowaną ambitniejszą trasę i po prostu szkoda nam czasu, na dłuższe przystanki. Czasami taka rezygnacja jest elementem swoistego systemu motywacyjnego – w trudniejszych momentach na trasie myślimy o przepysznej obiadokolacji, która będzie nagrodą, ale dopiero po bezpiecznym dotarciu do schroniska, czy domu.

Taki minimalizm zimą może się nie sprawdzić. Ciepły posiłek w ciągu dnia, jest nam wówczas potrzebny, jak mało kiedy. Chodzi tutaj nie tylko o pochłaniane kalorie. Gorąca strawa pozwoli nam się rozgrzać od środka, co w konsekwencji pomaga zaoszczędzić nieco energii. Najłatwiej jest zadbać o swoje kulinarne potrzeby, planując tak trasę, by w porze obiadowej trafić do schroniskowego bufetu. Talerz gęstej zupy, czy porcja bigosu pomogą wówczas nabrać sił, niezbędnych do pokonania drugiego odcinka trasy. No ale nie zawsze jest to możliwe. Co zrobić, gdy obiekty gastronomiczne położone są z dala od rejonów, które zamierzamy odwiedzić? Sposoby na ciepły posiłek są dwa.

Posiłek z termosu obiadowego
Pierwszy pomysł polega na spakowaniu przyrządzonych wcześniej potraw do termosu obiadowego, zwanego też food jug`iem (więcej informacji o tym produkcie znajdziecie TUTAJ). Trzeba przyznać, że to kategoria dosyć nowa, która dopiero wkracza na turystyczne szlaki, dlatego warto pokrótce ją scharakteryzować.

Termosy obiadowe działają w oparciu o te same zasady, co ich starsze rodzeństwo, stworzone z myślą o napojach. Różnicą jest kształt – food jug jest szerszy, co pozwala łatwiej dostać się do jego zawartości i umożliwia sprawne wymycie go po posiłku. Często też jego nakrętka zamienia się w praktyczny talerzyk. Bywa, że wewnątrz ukryte są outdoorowe sztućce (taki patent znajdziemy np. w modelu Esbit Food Jug Plus).

Wybierając termos obiadowy, powinniśmy pamiętać o pewnych zależnościach. Im ma on większą pojemność, tym dłużej powinien trzymać ciepło. Nie oznacza to jednak, że należy kupować termos “na zapas”, w oderwaniu od realnych potrzeb. Food Jug działa najefektywniej, gdy wypełniony jest do końca. Umieszczenie małej porcji w nieproporcjonalnie dużym naczyniu mija się więc z celem. Na koniec uwaga dotycząca przygotowania takiego sprzętu do użycia. Chodzi o mały zabieg, polegający na zahartowaniu ścianek gorącą wodą, zanim jeszcze do środka włożymy nasz obiad.

Wczytuję galerię

Posiłek przyrządzony na kuchence turystycznej
Termos obiadowy to bardzo dobra propozycja w przypadku tras jednodniowych. Jeśli jednak zamierzamy iść kilka dni i nie jest to trasa z gęstą siecią schronisk, zmuszeni będziemy ugotować coś we własnym zakresie. Wtedy do akcji wkraczają kuchenki turystyczne. Oczywiście na gotowanie na trasie decydują się nie tylko najtwardsi długodystansowcy, unikający kontaktów z cywilizacją. Kuchenka to urządzenie niezwykle uniwersalne i dające poczucie niezależności. Dzięki niej w dowolnym momencie przygotujemy coś ciepłego do zjedzenia lub wypicia. Minusem (najbardziej odczuwalnym zimą) jest fakt, że należy nastawić się na trochę dłuższą przerwę. Gdy mamy ze sobą termos, od ciepłego posiłku dzieli nas tylko czas potrzebny do odkręcenia wieczka – tutaj taki obiad trzeba sobie dopiero przyrządzić.

Użytkownicy niezwykle popularnych kuchenek gazowych muszą pamiętać o jednej rzeczy: gdy jest mróz, skroplony gaz, znajdujący się w kartuszu miewa problemy z odparowywaniem, co ma przełożenie na niższą wydajność urządzenia. Aby zminimalizować ryzyko takiego zjawiska, warto kartusz ochronić przed wychłodzeniem (np. chowając go wcześniej pod kurtką). Szykując się na zimę, dobrze jest też pomyśleć o zakupie kartusza ze specjalnymi mieszankami gazów, przygotowywanymi z myślą o najchłodniejszej porze roku (np: Primus Winter Gas 450).

Z warunkami zimowymi dobrze radzą sobie za to kuchenki na paliwa płynne (więcej informacji o różnicach pomiędzy kuchenkami znajdziecie w artykule Łukasza Supergana, który dostępny jest TUTAJ). W warunkach zimowego biwaku bardziej niż latem docenimy też zalety zintegrowanych systemów do gotowania, które oferują wyższą sprawność. To ważne, bo mniejsze straty ciepła po prostu oznaczać będą krótsze oczekiwanie na posiłek (zainteresowanych tym tematem odsyłamy do kolejnego artykułu Łukasza Supergana “Jak gotować wydajniej podczas zimowej wędrówki”).

Wczytuję galerię

Jeśli mamy już gotowy sprzęt do gotowania, pozostaje decyzja co “wrzucić do garnka”. O ile latem można jeszcze pozwolić sobie na zabawę w outdoorowego kucharza i przygotowywanie wymyślnych potraw, zimą najczęściej wybierać będziemy proste i skuteczne środki. Znakomicie w takich okolicznościach sprawdzają się dania liofilizowane (szerzej pisał o nich Janusz Gołąb, w artykule “Czym jest żywność liofilizowana?”), które są lekkie i nie zajmują zbyt dużo miejsca w plecaku, a na biwaku wystarczy tylko zalać je gorącą wodą, by otrzymać pełnowartościowy i – co też jest ważne – smaczny posiłek, bez konserwantów i niezdrowych dodatków. Kolejnym atutem jest brak konieczności szorowania po takim posiłku outdoorowej zastawy – liofilizaty można bowiem jeść bezpośrednio z opakowania. Oprócz dużej wygody, jeśli chodzi o przyrządzanie, atutem będzie też olbrzymi wybór smaków, o jakie zadbali producenci. Taki obiad nie powinien się szybko znudzić.

Zabierz ze sobą przekąski

Odpowiednia ilość kalorii to jedno. Równie ważne jest to, by posiłki były na czas, a – dodać trzeba – że jeść powinno się często. Dobrze, gdy zimowi wędrowcy mogą liczyć na “dawkę energii” łatwą do zaaplikowania nawet podczas bardzo krótkich przerw. Do tej kategorii z pewnością należą: żele, napoje i batony energetyczne. Tym ostatnim przyjrzeliśmy się bliżej w jednym z naszych wcześniejszych artykułów. Warto przypomnieć, że w przeciwieństwie do zwykłych batonów, oferowanych w każdym kiosku, te są bogate w węglowodany złożone. Rozkładają się one troszkę dłużej, dzięki czemu nie powodują zbytnich skoków energii, no i “moc” tak szybko nas nie opuści. Równie wygodną przekąską, za sprawą której uzupełnimy zasoby białka, jest suszona wołowina.

Wczytuję galerię

Kwestia smaku

Nasz misternie przygotowany plan żywieniowy zniweczyć może jedna rzecz – brak apetytu. I wcale nie trzeba być Tadkiem – niejadkiem, żeby włączyła się nam blokada. Brak łaknienia może być reakcją na wysokość. Z tym problemem – rzecz jasna – w największym stopniu borykają się alpiniści i himalaiści, o czym można przeczytać w artykule  Janusza Gołąba “Jedzenie w górach – co i jaką ilość zabrać na wyprawę”.  Jeśli wybieramy się w niższe góry, gdzie to zjawisko nie będzie odczuwalne, za brakiem apetytu mogą stać inne czynniki, takie jak emocje, czy zmęczenie. Warto więc “dmuchać na zimne”, zabierając ze sobą kalorie w postaci, która na pewno będzie nam smakować. Bo cóż z tego, że przed wyjściem zapakujemy do plecaka odpowiednią ilość prowiantu, jeśli na trasie po takie jedzenie nie sięgniemy?

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.