10.11.2016

Mount Everest – jak zdobyć najwyższą górę w Koronie Ziemi

W tym roku minęło dokładnie 10 lat od mojego wejścia na Everest. Przyznam szczerze, że nie zauważyłem nawet kiedy ten czas przeleciał. Toż to cała dekada! Przy okazji tej okrągłej rocznicy często wspominam tę wyprawę. Nie ma co ukrywać, było to dla mnie niesamowite przeżycie. Od kilku lat Everest jest znów obecny w mojej głowie, zamierzam na niego jeszcze wrócić... przynajmniej jeden raz.

Każdy kto myśli o zdobyciu Korony Ziemi, prędzej czy później będzie się musiał zmierzyć także z  najwyższą górą świata. W mojej głowie pomysł zdobycia całej Korony pojawił się już po zdobyciu Czomolungmy. Do tego czasu realizowałem różne projekty górskie i tak się zdarzyło, że do roku 2006 miałem już okazję zdobyć Elbrus i Mc Kinley (obecnie Denali ). Wyprawa na Mount Everest nie była więc porwaniem się z przysłowiową motyką na słońce. Ale po kolei…

Pomysł na wyprawę na Mount Everest

Pomysł zdobycia najwyższej góry świata zrodził się w naszych głowach już w 2004 roku. Było to po udanej wyprawie na Cho Oyu 8201 m n.p.m., gdzie byłem między innymi z moimi kolegami z projektu „Korona Ziemi” – Bogusławem Ogrodnikiem i Januszem Adamskim. Mt. Everest jest widoczny jak na dłoni ze szczytu Cho Oyu. To bardzo pobudza wyobraźnię i marzenia. Kto by nie chciał stanąć na Górze Gór?

Zaraz po powrocie z Tybetu podjęliśmy więc próby organizacji wyprawy na Mount Everest na wiosnę 2005 roku. Niestety czas od października do marca okazał się mimo wszystko za krótki i nie udało się zgromadzić potrzebnej kwoty. Jak wiadomo Everest nie należy do tanich wypraw, ale czy można wyceniać marzenia na pieniądze? Co zostanie nam na koniec, jak nie przeżycia? Stąd nie tylko nie zaprzestaliśmy myślenia o Evereście, ale przede wszystkim od razu powstał plan organizacji wyprawy na rok 2006. Wszyscy wzięli się do roboty, oczywiście nie zapominając w międzyczasie o poważnym treningu. W moim przypadku już pod koniec maja 2005 pojechałem na Alaskę i w ten oto sposób udało się zdobyć Denali. Był to dobry początek mocnych przygotowań do kolejnego roku.

Widok z Mount Everest na Makalu

Widok na Makalu w drodze do szczytu (fot. autor)

Organizacja i przygotowania – czyli jak zdobyć sponsora

Bogaci w doświadczenia z niedoszłej wyprawy wiosną 2005 r. przeanalizowaliśmy nasze błędy i to, co należy zrobić krok po kroku, aby się udało. Oczywiście najbardziej potrzebowaliśmy sponsorów, to był ten element niejako najmniej zależny od nas. Każdy wspinacz wie co i jak robić w temacie przygotowań kondycyjnych, wspinaczkowych, sprzętowych itd. Za to już nie każdy wie jak pozyskać pieniądze na wyprawę. Mało tego, panuje powszechne przekonanie, że wystarczy chcieć jechać i po prostu mieć szczęście, aby spotkać sponsora na swojej drodze. A ci, którym się to nie udaje, mają po prostu pecha. Czy aby na pewno? A może po prostu zapominają o starej dobrej zasadzie, że szczęściu jednak mimo wszystko należy pomagać. Ta pomoc to nic innego jak zaplanowane działania, bo,,samo” prawie nigdy nic nie przychodzi.

Potrzebny magnes i… ogrom pracy

Pierwszym z naszych pomysłów było, aby zaprosić do wyprawy jakąś medialną osobę, dzięki której będzie łatwiej zachęcić media oraz sponsorów. Ze względu na prywatną znajomość jednego z członków wyprawy z Martyną Wojciechowską, wybór padł właśnie na tę podróżniczkę. I faktycznie udało się zainteresować ją wyprawą! Pozostało więc podzielić się zadaniami. Jedni rozmawiali i zachęcali patronów medialnych, aby pisali i mówili o naszej wyprawie, pozostali zajęli się logistyką na miejscu w Nepalu. Po podpisaniu umów z TV, radiem, gazetami (tak, UMÓW! Nic na „gębę” ! ), które gwarantowały obecność wyprawy oraz przyszłych sponsorów w mediach, przygotowaliśmy prezentację. Z tak przygotowanymi materiałami ruszyliśmy w teren. Zajęło to miesiące rozmów (z czego całe mnóstwo nieudanych). Ale nikt się nie zrażał. I niech nikt nie myśli, że jeśli w składzie wyprawy jest ktoś znany, to już nic nie trzeba robić. Wielu z nas walczyło o swoje pieniądze osobiście. Sam nie straciłem nadziei nawet na tydzień przed wylotem na wyprawę, kiedy to ostatecznie potwierdził obecność na wyprawie sponsor, który pokrył większość moich kosztów. Tak, o tym, że na 100% jadę na wyprawę dowiedziałem się na 7 dni przed wylotem. Zawsze wierzcie i walczcie do końca, a zobaczycie że przynosi to efekty.

Przygotowania wspinaczkowe i kondycyjne – czyli tej części nie możesz pominąć

Tak jak wspomniałem, rok przygotowań do Everestu rozpoczęła wyprawa na Denali. Osobiście uważam, że nie ma lepszego sposobu przygotowań do wypraw, jak przebywanie maksymalnie dużo  w górach. Inne treningi są oczywiście też potrzebne. Dla mnie jednak, nic nie zastąpi w 100% dni spędzonych w górach, w naturalnych warunkach, gdzie wystawieni jesteśmy na wysokość, zróżnicowaną pogodę, trudności itp. Dlatego nawet po Denali, gdy tylko miałem taką możliwość, wyskakiwałem w Alpy czy nawet polskie góry. I to nie tylko w Tatry, ale nawet w moje pobliskie Beskidy na treningi kondycyjne.

Od siłki nie uciekniesz

Całą zimę spędziłem solidnie trenując, również kilka razy w tygodniu w fitness klubach. Głównie trening kardio, czyli: bieżnia, steppery, orbitreki, rower oraz wspinanie na sztucznej ścianie. Każdy z treningów trwał minimum po kilka godzin, wszak w górach wysiłek też przekracza zwykle 1-2 godziny i trwa znacznie dłużej. Myślę, że to jest główny problem ćwiczących na fitnesach, ich treningi zwyczajnie trwają za krótko lub zakładany wysiłek na treningu jest za mały i nie odpowiada temu, co czeka ich w górach wysokich. Dlatego właśnie najmocniej wierzę w treningi w formie częstych wyjazdów w góry. Rodzaj wysiłku tam spotykanego jest najbardziej naturalny.

Aklimatyzacja niezbędna

Jedyne czego nigdy nie da się w żaden sposób wyćwiczyć, to aklimatyzacja i przystosowanie do wysokości. Oczywiście można planując dużą wyprawę wyjechać wcześniej w inne góry wysokie i częściowo się zaaklimatyzować, ale nigdy i tak nie uzyskamy aklimatyzacji odpowiadającej wysokości, która docelowo nas interesuje. Mało tego, można na tej wcześniejszej wyprawie np. zachorować i wtedy pojawia się jeszcze większy problem. Metody są bardzo indywidualne, jednak w większości przypadków ludzie i tak nie mają czasu pojechać na dwie wyprawy pod rząd, szczególnie te bardzo długie. Tak więc różnego rodzaju próby w komorach ciśnień i tym podobne badania nie przynoszą oczekiwanych efektów. Najlepszą aklimatyzacją jest aklimatyzacja naturalna w górach i jest to na wyprawach wysokościowych oprócz dobrej kondycji absolutnie kluczowy element. Nawet najsilniejsi ludzie bez dobrej aklimatyzacji nie są w stanie funkcjonować prawidłowo na wysokości. Mało tego, nawet himalajscy Szerpowie również potrzebują się aklimatyzować i nie są w stanie dobrze funkcjonować na takich wysokościach, tylko dlatego, że urodzili się w Himalajach.

Szerzej temat aklimatyzacji porusza Janusz Gołąb w poświęconym temu zagadnieniu wpisie.

Mount Everest wejście ścianą Lhotse do obozu III

W drodze do obozu trzeciego, na ścianie Lhotse (fot. autor)

Przebieg wyprawy Falvit Everest Expedition 2006

Wyprawa na Mount Everest – czas start!

Z Polski wylecieliśmy do Nepalu całą ekipą 28 marca (główny trzon wyprawy oprócz Martyny stanowili stali bywalcy moich poprzednich wypraw: Boguś Ogrodnik i Janusz Adamski, a także Darek Załuski i Jura Jermaszek – nasz znajomy Rosjanin, którego poznaliśmy w 2003 roku pod Chan Tengri ). Już następnego dnia znaleźliśmy się w tym wspaniałym, egzotycznym, ciągle uśmiechniętym świecie. Uwielbiam Kathmandu, stolicę Nepalu, z jego zgiełkiem na Thamelu, kolorowymi sklepami, straganami, zapachami. Po trzech dniach załatwiania wszelkich formalności w Ministerstwie Turystyki Nepalu oraz uzupełniania sprzętu i jedzenia wylecieliśmy z Kathmandu do Lukli. To tutaj zaczyna się trekking pod Everest.

Cel nr. 1 – Island Peak

Pierwszym celem do realizacji był dla nas Island Peak (6189 m n.p.m). Góra ta stoi w tym samym rejonie co Everest i oprócz tego, że jest warta zdobycia sama w sobie, to  jest również świetnym celem aklimatyzacyjnym. Naszym pomysłem było, aby dotrzeć pod Mount Everest już będąc zaaklimatyzowanym do wysokości obozu 1-go. Chcieliśmy uniknąć niepotrzebnego przechodzenia wahadłowego przez sławetny Icefall czyli uskok lodowca Khumbu w drodze z bazy do obozu pierwszego. Plan był taki, aby po wejściu do ,,jedynki” od razu przy pierwszym wyjściu założyć także obóz drugi. Właśnie po to potrzebna nam była wcześniejsza aklimatyzacja.

Do bazy pod Island Peak dotarliśmy po tygodniu trekkingu. Już kolejnego dnia wyszliśmy założyć na nim obóz pierwszy. Standardowo nie ma nawet takiej potrzeby, ale nam nie chodziło o szybkie zdobycie tego szczytu, ale o zdobycie maksymalnie dobrej aklimatyzacji przed Everestem. Dlatego wynieśliśmy namioty kilkaset metrów nad bazę i po spędzonej tam nocy poszliśmy na szczyt. Wszystko udało się zgodnie z planem i jeszcze tego samego dnia zeszliśmy do bazy.

Do bazy

Po kilku kolejnych dniach w końcu dotarliśmy również do naszej bazy głównej, czyli pod Mount Everest. Pamiętam, że był to dokładnie dzień przed Świętami Wielkiej Nocy. Kolejnego dnia każdy z nas robił nawet w bazie pisanki (gdybyście widzieli zdziwienie na twarzach naszej nepalskiej obsługi kuchennej, kiedy kazaliśmy im gotować jajka w obierkach po cebuli). Były też życzenia przy wielkanocnym stole, były ,,bitwy” na najładniejsze jajka, był wspaniały piernik przywieziony z Polski. Byliśmy jednym słowem świetnie przygotowani.

Dokładnie w czasie Świąt odbyła się też u nas w bazie „Puja”, czyli rodzaj błogosławieństwa przez buddyjskiego Lamę przed wyjściem w góry. Tym samym akcja górska mogła się rozpocząć, byliśmy gotowi do pierwszego wyjścia do góry.

Pierwsza próba

Pamiętacie jak pisałem, że od razu z obozu pierwszego chcieliśmy wejść do obozu drugiego?  Otóż plany planami, ale jak to bywa w górach, pogoda mocno je zweryfikowała. Doszliśmy do ,,jedynki” ale w nocy pojawił się duży opad śniegu i na drodze do “dwójki” zrobiły się zaspy oraz zagrożenie lawinowe. Postanowiliśmy czekać. Opady nie ustały. Tak minęła kolejna noc i stało się jasne, że będziemy musieli się wycofać do bazy, nie dochodząc do ,,dwójki”. Kończyły się również zapasy żywności, które wnieśliśmy ze sobą. Po trzech dniach pogoda się poprawiła i nastąpił odwrót do bazy. Było dość ,,przygodowo”, bo śnieg zasypał wszystkie szczeliny, które były na trasie, więc podczas odwrotu co jakiś czas osoba, która torowała drogę w kopnym śniegu wpadała do szczeliny – na szczęście wszystko to były niegroźne upadki.  

Tomasz Kobielski wyprawa na Mount Everest - wyjście z bazy

Jedno z wyjść z bazy do góry, łatwo nie było, plecak ważył  (fot. Wojtek Trzcionka)

Druga próba

Śmiało do trójki

Powrót do bazy, kilkudniowy odpoczynek, bazowy prysznic i jedzenie dały siły do kolejnego wyjścia w górę. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z planem. Ja z Jurą dotarliśmy od razu do obozu drugiego, na 6400 m n.p.m. Tam spędziliśmy dwie noce, aklimatyzacja, odpoczynek, no i przyszedł czas na obóz trzeci, który stanął na ok. 7100 m n.p.m. W ,,trójce”, w dobrym samopoczuciu, spędziliśmy kolejne dwie noce, no i znów droga do bazy.

Czekanie…

Wyprawa na każdą wysoką górę to oprócz standardowych działań wspinaczkowych, także szkoła cierpliwości. Był już początek maja i po powrocie z obozu trzeciego byliśmy gotowi do akcji szczytowej. Jednak, aby to mogło nastąpić trzeba mieć pewność kilku dni pogody w najwyższych partiach góry. Trzeba również dobrze wypocząć po kilku tygodniach w obozach na dużej wysokości. Tak więc mijały dni, byliśmy już wypoczęci, ale prognoza pogody nie rokowała na dobrą pogodę na szczycie. Ciągle wiały bardzo silne wiatry. W końcu pojawiła się szansa. Wiele zespołów opuściło bazę. Prognoza pogody wskazywała 17 i 18 maja jako dni najlepszej pogody.

Wyprawa na Mount Everest - obóz IV - Tomasz Kobielski

Na Przełęczy Południowej, obóz czwarty (fot. materiały autora)

Po kolei, dzień po dniu, obozy pierwszy, drugi, trzeci i przyszedł czas na decyzję, aby iść na przełęcz południową do ostatniego obozu przed szczytem, obozu czwartego. Z ,,trójki” wyruszyliśmy 17-go maja. Na przełęcz na wysokości ok. 7950 m n.p.m., dotarłem o godz 15-tej. Rozkładanie namiotów i odpoczynek przed atakiem zaplanowanym na noc.

Noc przed atakiem

Odpoczynek to dużo powiedziane… Całe godziny spędzone na topieniu śniegu, przygotowywaniu jedzenia i oczekiwaniu. Oczekiwanie, ponieważ wkoło nas wiał silny wiatr, który zupełnie nie pokrywał się z prognozą pogody sprzed kilku dni, kiedy opuszczaliśmy bazę. Prognoza pogody w Himalajach to prawdziwa ruletka i zawsze trzeba niestety ryzykować. Nie ma żadnej pewności, że kiedy będziemy już kilka dni w górze pogoda się nie zmieni i atak na szczyt nie będzie możliwy. Tak było i w naszym przypadku i o mały włos atak mógł się załamać. Jednak nagle, po godzinie 22.00, wiatr ucichł na tyle, że mogliśmy zacząć się zbierać. 

Atak szczytowy

Wyszedłem z namiotu na przełęczy południowej przed północą. O świcie dotarłem do tzw. balkonu na 8400 m n.p.m. Jeszcze w nocy straszyła nas z daleka burza z błyskawicami. Wszyscy się tego bardzo bali, wchodziliśmy na Mount Everest w 10-lecie ogromnej tragedii z 1996 roku, kiedy mnóstwo ludzi przypłaciło to życiem, gdy przyszła nad górę nagła burza. Jednak uznaliśmy, że burza jest bardzo daleko, nie było słychać nawet grzmotów, tylko z bardzo daleka, co jakiś czas, błyskawice. Krok po kroku, przemieszczaliśmy się granią w kierunku wierzchołka południowego. Stamtąd już stosunkowo blisko, jeszcze tylko obniżenie grani, słynny uskok Hilarego i już prosta droga na szczyt.

Sukces!

Na najwyższym szczycie Ziemi zameldowałem się o godz 8:50, 18 maja. Ogromne szczęście. Chyba z tej całej euforii spędziłem na szczycie ok. dwóch godzin. Wspaniałe widoki, zdjęcia, gratulacje dla tych, którzy po kolei zdobywali wierzchołek. Około 11 zacząłem schodzić, aby o 14 dotrzeć na przełęcz południową, znów do bezpiecznego namiotu. Noc, odpoczynek, kolejnego dnia zejście prosto do ,,dwójki” i po kolejnej nocy prosto do bazy. Dopiero tutaj był czas na ostateczną celebrację. Wszyscy w komplecie byliśmy na szczycie, wszyscy w komplecie również w bazie. Tak powinny się kończyć wszystkie wyprawy. Niestety nie wszystkie się tak kończą. Dlatego pamiętajcie – nigdy nie ryzykujcie nadmiernie, góra zawsze tam będzie i poczeka, dzielenie się z bliskimi tymi chwilami i wspomnienia, które pozostają, są bezcenne. Żadna góra nie jest warta waszego życia. Nawet Mount Everest.

Mount Everest wyprawa - na szczycie Tomasz Kobielski

Autor na szczycie Mount Everest (fot. materiały autora)

Mount Everest dla każdego?

Panuje obiegowa opinia, że na Mount Everest wejdzie prawie każdy i jedyne co jest potrzebne to kasa. Możecie się z tym nie zgadzać, ale wierzcie mi, że tak nie jest. Nie spotkałem w życiu ani jednej osoby, która by była kiedykolwiek na 8 tysiącach i tak nonszalancko wypowiadała się o wysokich górach. Tego typu opinie zazwyczaj usłyszycie z ust ludzi, którzy być może nie byli nawet na 7 tysiącach, o ile byli na 6 tysiącach. Tymczasem każdy kilometr w górę, a na 8 tysiącach nawet każde 100 metrów, to czasem trudna do pokonania granica. Przy każdym kroku w górę musicie być także pewni, że będziecie w stanie samodzielnie również zejść do bazy. Nie jest sztuką narażanie siebie, a przy okazji, także innych uczestników wyprawy i bezmyślne podążanie w kierunku szczytu. Z moich doświadczeń, a także bardzo wielu relacji, które słyszałem, często prawdziwą sztuką jest wycofać się w odpowiednim momencie. Rozsądek w górach jest w cenie.

Podsumowanie i kilka porad

Dla tych, którzy zdobywają lub planują zdobyć Koronę Ziemi, polecam aby najwyższa góra nie była jedną z pierwszych i to nawet gdy posiadacie spore doświadczenie. Ideałem byłoby wejście najpierw na inny, niższy 8- tysięcznik. Zupełnie nie wyobrażam sobie, aby na Everest jechała osoba, która nie ma doświadczeń na górach 7-tysięcznych. Dobrze, aby w waszym górskim CV były już inne góry z Korony Ziemi np. Elbrus, Mont Blanc, Aconcagua, ewentualnie Denali. Te wszystkie wcześniejsze doświadczenia i wiedza wysokogórska dają nam dystans i właściwą ocenę sytuacji.

Nie polecam także zdobywania Everestu jako ostatniej góry w Koronie Ziemi. Narażamy się wtedy na stresy typu „muszę wejść na tę górę za wszelką cenę, bo jest ostatnia na liście”. Tymczasem Mount Everest to oprócz ogromnego wysiłku, również pogodowa ruletka i kwestie, które nie zawsze zależą od nas. Nie warto iść na Czomolungmę z nastawieniem, że muszę tam wejść za wszelką cenę. Dużo lepiej to robić ze spokojniejszym umysłem. Warto więc rozpatrzyć, aby pojechać na taką wyprawę już po górach, o których wspomniałem wcześniej, a przed np. Piramidą Carstansza lub Mt. Vinson na Antarktydzie. Te ostatnie góry dają zdecydowanie większą szansę wejścia, a doświadczenia z ich zdobywania dadzą wam olbrzymią frajdę podczas finiszu projektu.   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.