27.10.2018

Co ja mogę wiedzieć o linach?

Liny? Co ja mogę wiedzieć o linach? Pewnie tylko tyle, że są ważne dla wspinaczy. Nie wszystkich wspinaczy, ale prawie...

We wrześniu 1977 roku wybrałem się z kolegami (na wagary) do Olsztyna pod Częstochową. Pod jedną ze skał znalazłem jedenastometrowy kawałek białej liny przetykanej czerwoną nitką i trzy stalowe karabinki. “Zaopatrzony” w ten sprzęt i wyobraźnię, zaplanowałem wakacyjną wyprawę przez Jurę połączoną z penetracją jurajskich jaskiń. Jedną z jaskiń miało być Studnisko. Na moje szczęście wiosną następnego roku zapisałem się na kurs i plan upadł. No cóż…

Po ukończeniu kursu taternictwa jaskiniowego, zgłosiłem się (wraz z kolegą) na sprzętowego w tarnogórskim Speleoklubie “Czeluść”. Nazwa i funkcja zobowiązywały do zanurzenia się (oprócz dokumentacji) w czeluściach magazynu oraz piwnicy poprzedniego strażnika klubowych dóbr i do przeprowadzenia likwidacji zużytych lin. Najbardziej tajemniczą pozycją rejestru była sizalowa lina wspinaczkowa o długości 15 metrów, zakupiona jeszcze w latach sześćdziesiątych. Wśród ubłoconych, albo jeszcze nieużywanych lin, nie było niczego co można by pod nią podłożyć i zlikwidować. Znalazłem w końcu pęto jakiegoś skręcanego, budowlanego sznura (jak sądziłem) i w biurokratycznym procesie pozbyłem się problemu. Nie zdawałem sobie sprawy, że to był prawdziwy rarytas, może nawet obiekt muzealny, ale nigdy nie wpadłbym na to, aby na niej zjechać do jaskini, a co dopiero się wspinać. No cóż …

Co ja mogę wiedzieć o linach...?

Waldemar Podhajny w polskich piachach. (fot. z arch. O. Króla)

Był schyłkowy okres prosperity lat siedemdziesiątych. Na wystawach sklepów sportowych leżały czasem tłumoki białych lin z kolorowym przeplotem: czerwonym (zjazdówki), niebieskim (asekuracje) albo jednym i drogim po połowie (podciągi). Prace wysokościowe były dla “wybranych”, firm prywatnych jeszcze nie było, a sznury do prania były tańsze. Ale nagle, jakby za sprawą tajemnego zaklęcia, zniknęły. Działalność klubów “speleo” opierała się na linach, więc jako sprzętowi (zaopatrzeni w stosowny glejt) pojechaliśmy do Bielska Białej, do zakładów Bezalin po zapas lin – “bezalinek”. Z dzisiejszej perspektywy dziwne to były liny. Nie posiadały rdzenia, co powodowało, że w środku były puste. W trakcie używania stawały się płaskie, albo niemiłosiernie poskręcane. Tylko te impregnowane jaskiniowym błotem były okrągłe i gdyby nie sraczkowaty kolor, podobne by były do obiektu westchnień grotołazów – rdzeniówek (statyków). Pamiętam wychodzenie z Wielkiej Studni w Jaskini Śnieżnej na takim bezrdzeniowym cudzie, gdy dopiero po wybraniu kilkunastu metrów liny oderwałem się od ziemi, a potem – w miarę jak wychodziłem po niej na przyrządach – dyndałem miarowo (niczym pajacyk): góra – dół, góra – dół. A lina tak sobie tarła, tarła i tarła o ostre krawędzie. Czasem się przecierała. No cóż …

Wspinanie na “bezalinkach”, oprócz wielu minusów, miało też i plusy. Do “wędkowania” w skałach najczęściej używaliśmy osiemdziesięciometrowych podciągów. Na krótkich drogach używaliśmy ich podwójnie złożonych, a na długich – nie. Pojedyncza lina, ze względu na swoje naciąganie, dawała dodatkowe kilka metrów wspinania. Rekordowej długości wędki (z połączonych węzłem podciągów) były na Sokolicy w Będkowskiej. Wzięcie bloku na takiej wędce powodowało znalezienie się o kilka metrów niżej, co zmuszało do ponownego przejścia dużego odcinka. Dzięki temu, atakowane problemy mieliśmy dobrze zapatentowane, a i otrzymanie od asekuranta “cichego” bloku było niemożliwe. Pewnie dlatego przejścia na wędkę miały wartość sportową. Odpadnięcia z górną groziły o wiele większym lotem, niż dzisiejsze przysiady z dolną asekuracją, a uderzenie w glebę nie były rzadkością. Loty na prowadzeniu były przyjemne, jeżeli nie doleciałeś do ziemi; szarpniecie było niewyczuwalne, a nawet jeżeli się je poczuło, to znaczyło, że lina się nie urwała. No cóż …

W Tatrach nasz “bezalinowski” wynalazek, spisywał się nieźle (jeżeli miałeś szczęście) lub po jednej drodze lina była do wyrzucenia. Doświadczonym wspinaczom mogła służyć długo, chyba, że zechcieli sprawdzić jej wytrzymałość. Komfortowe były zjazdy (zawsze można było liczyć na kilka metrów liny więcej). Pamiętam precyzyjne obliczenia jednego z wielkich wspinaczy, na temat wycofu znad Wielkiego Okapu na Filarze Kazalnicy:
– Zjeżdżasz na pojedynczym podciągu do półek, wahasz się, na półkach tniesz naciągniętą linę, a na resztówce zjeżdżasz przez Ciemne Żeberko.
– A jeżeli nie dowahasz się do półek? – zapytał ktoś dociekliwie – co wtedy?
– No cóż …

Wspinanie przed laty

Piotr Korczak w Podzamczu. (fot. z arch. O. Króla)

Nasi południowi sąsiedzi woleli nie znajdywać odpowiedzi na takie pytania, tylko wyprodukowali liny rdzeniowe. Nie wiadomo dlaczego upodobaliśmy sobie ich “asekuracje”. Przyjaciele z południa nie wpisali się w nasz system “czterdziestkowy”, tylko zrobili liny sześćdziesięciometrowe. Ani jej na pół, ani w całości nie dało się stosować. W Tatrach półki na stanowiska są przecież w odległościach ściśle określonych (co 40 m). Czyli zostało albo ciąć, albo mieć co drugi wyciąg horror ze stanowiskiem. Wybór był jeden – ciąć. Ja wybrałem długość 50 m – na wszelki wypadek. No i zostało nieco tej liny, a że była porządna, nadawała się na pętle i węzły. A jak już były supełki, to odkryto Hejszowinę. Na piachy nasze “bezalinki” się nie nadawały, bo po jednym nieumiejętnym przejściu wyglądały, jak kotek i zjazd z turni mógł być zjazdem ostatnim. Miałem więc prawdziwie profesjonalną linę, ale jako urodzony “pierdlarz” bałem się na niej latać. No i te czechosłowackie liny były tak solidne i grube, że lot połączony ze sztywną asekuracją mógł zakończyć się inwalidztwem przed osiągnięciem punktu przejścia ze statyka w linę dynamiczną, jak tłumaczył mi pewien Słowak w Popradzie. Odkryłem więc właściwe przeznaczenie mojej niebieskiej liny – wędka. Życie znowu zatoczyło koło. No cóż …

W międzyczasie nasi naukowcy i inżynierowie (a pewnie i aktyw partyjny) stanęli na wysokości zadania i wyprodukowali naszą, polską, pomarańczową, mieniącą się na złoto – linę rdzeniową (w odmianie statycznej i dynamicznej). Kilka klubów testowało te liny: rwało, urywało, przesuwało oplot po rdzeniu (jak bosko brzmiało to słowo), naciągało i skręcało. Lata osiemdziesiąte powoli mijały a w skałach i Tatrach, a nawet w Hejszowinie i Sokolikach powoli przybywało kolorowych sznurków, pętelek, kewlarów i lin. Normalnych, wyposażonych w odpowiednie atesty i nazwy, rwanych po kilka razy (i wytrzymujących te rwania) lin. Różniących się między sobą statyków i lin dynamicznych: podciągów, lin bliźniaczych i pojedynczych. I kiedy w końcu ogłoszono, że coś tam wyprodukowano – nikt nie zwrócił na to uwagi. No cóż …

Autor: Krzysztof “Kuchar” Kucharczyk

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.