Spitsbergen (Svalbard) na skiturach - test Futurelight... | 8academy
08.01.2020

Spitsbergen (Svalbard) na skiturach – test FUTURELIGHT™ za kołem podbiegunowym

W sumie, to chyba nie spodziewałem się, że kiedykolwiek pojadę na Spitsbergen (Svalbard). Skojarzenia miałem chyba typowe: zimno, nieprzystępnie, daleko. Wcześniej proponowano mi wyjazd w to miejsce na narty, ale poczytałem, rozważyłem i zrezygnowałem. Jednak drugie zaproszenie było propozycją nie do odrzucenia. No to pojechałem, zobaczyłem i opisuję. Bo wrażenia są mocne.

                       

Jak to się stało, że tym razem w końcu odwiedziłem Spitsbergen (Svalbard)? Otóż skorzystałem z zaproszenia marki The North Face i wcieliłem się w rolę… testera. Amerykański producent odzieży i sprzętu outdoorowego postanowił wykorzystać surowe warunki archipelagu położonego za kołem podbiegunowym, by sprawdzić możliwości swojego najnowszego patentu. W takich „okolicznościach przyrody” testowana była odzież z membraną FUTURELIGHT™. Czy zdała egzamin? O tym będzie na końcu artykułu. Bo testy testami, ale chyba nie można przejść obojętnie obok scenerii, w jakiej się one odbywały.

Spitsbergen (Svalbard) na skiturach
Leżący za kołem polarnym Spitsbergen (Svalbard) to doskonałe miejsce do testowania odzieży z membraną. (fot. Mathis Dumas)

Spitsbergen czy Svalbard?

Spitsbergen to jedna z wysp archipelagu Svalbard i raczej druga z nazw używana jest częściej. W Polsce, chyba z powodu Polskiej Bazy Polarnej na Spitsbergenie, przyjęło się to pierwsze określenie. Archipelag leży w Arktyce, około tysiąca kilometrów od Bieguna Północnego. Pomimo tego, że jest to naprawdę daleka północ, dotarcie na Spitsbergen nie było rzeczą trudną. Wyspa posiada regularne, a do tego częste, połączenia lotnicze z Oslo. Zresztą turystyka w tym miejscu staje się coraz popularniejsza.

Svalbard można zwiedzać praktycznie wyłącznie drogą morską, chyba że ograniczymy się do terenów leżących nieopodal tamtejszej „stolicy”, czyli miejscowości Longyearbyen. Nam stworzono warunki najbardziej komfortowe z możliwych. Mieliśmy do dyspozycji całkiem spory, bo zabierający na pokład ok. 100 osób, statek. I było nas dużo.

Spitsbergen
Pasażerowie statku MS Nortstrejnen. (fot. Mathis Dumas)

Spitsbergen (Svalbard) – w maju na skiturach

Maj wydaje się chyba idealnym miesiącem na uprawianie skituringu w Arktyce (jak to brzmi!). Opad jest, co prawda, najniższy w roku, ale po zimie śniegu nie brakuje, a temperatury są już znośne. Kilka dni przed naszym przylotem było jeszcze około –15°C, ale aura nam odpuściła i potem temperatura, mierzona na wysokości równej poziomowi morza, oscylowała w okolicach zera. Co najważniejsze, o tej porze roku w fiordach nie ma już wiele lodu (przynajmniej na południu) i dzięki temu można dostać się na brzeg.

Innym sposobem na narty jest wynajęcie domku w Longyearbyen i przemieszczanie się skuterem do miejsc znajdujących się w najbliższej okolicy. Można również od razu wyprawić się gdzieś dalej, rozbić obóz i spędzić kilka dni w namiocie. My, jak wspomniałem, mieliśmy do dyspozycji statek, więc mogliśmy odwiedzić odleglejsze rejony. W okolicy Longyearbyen widziałem również kilka mniejszych jachtów, które służą do komercyjnych, ale jednak bardziej kameralnych wyjazdów.

Longyearbyen – pierwsze wrażenia

Lotnisko znajduje się kilka minut jazdy samochodem od Longyearbyen. Samo miasteczko to surowa, nieduża osada. Kilka sklepów i knajpek, ale jest też uniwersytet i… salon Toyoty (pewnie to dlatego 99% samochodów spotkanych na wyspie posiadało znaczek tej japońskiej marki). Przejście całości trwa godzinę. No, może ciut dłużej… Więcej czasu nie potrzebujemy.

Wczytuję galerię

Wiatr i wilgoć nie zachęcają do dłuższego spaceru w pierwszych godzinach pobytu. Wsiadamy więc na statek i ruszamy do fiordu Krossfjorden, na północ od Ny Alesund. Jest on chyba ostatnim niezamarzniętym fiordem, jeśli spojrzymy w kierunku bieguna.

Rejs wśród surowej przyrody

Nasz statek to MS Nortstrejnen, wyprodukowany w 1956 roku. Posiada on klasę lodową C, co pozwala mu na poruszanie się w lodzie o grubości do pół metra. Nie ma jednak takiej potrzeby. Płynąc wzdłuż brzegu, dostrzegamy surowość arktycznej przyrody, szczególnie, że panuje jeszcze zima. Jest tu trochę ptaków, czasem mijamy fokę, potem codziennie spotykamy renifery (mniejsze niż te, które można zobaczyć na kontynencie).

Pierwsze „lądowanie” odbywa się bez problemu, co nie zawsze jest takie oczywiste. W kolejnych dniach łodzie motorowe będą zmuszone lawirować pomiędzy kawałkami lodu. Czasem nie będą mogły nawet zbliżyć się do brzegu. Takich sytuacji nie sposób przewidzieć, ponieważ każdego roku o tej porze, warunki są inne. Nie ma też możliwości, by się kogoś zawczasu zapytać, ponieważ nikt tutaj nie mieszka.

Wczytuję galerię

Niedźwiedzie groźniejsze niż lawiny

Przewodnicy z pierwszej łodzi rozstawiają się na morenach z bronią gotową do strzału i jest to rytuał przestrzegany bezwzględnie. Na Svalbard żyje około trzech tysięcy niedźwiedzi polarnych i widać, że przewodnicy bardziej przejmują się dużymi ssakami niż lawinami. Ryzyko lawin można zminimalizować, omijając miejsca potencjalnie najniebezpieczniejsze, ale niedźwiedzi nie da się ominąć. One mogą być wszędzie. A jak taki niedźwiedź chce zaatakować, to w kilka sekund jest przy człowieku. Dokładnie jak lawina. A trzeba wiedzieć, że jednym uderzeniem łapy potrafi on zabić fokę.

Podobno 90% niedźwiedzi jest spokojnych i udaje się je przepędzić, jednak te pozostałe 10% to osobniki agresywne (może po prostu głodne?). Żaden niedźwiedź polarny ludzi się nie boi, stara się za to szybko ocenić, czy spotkane stworzenie sprawdzi się w roli posiłku. Nam, na szczęście, udało się uniknąć konfrontacji z niedźwiedziem, ale przewodnicy mają takie spotkania raz lub dwa razy w roku.

Jakoś nie wierzę w umiejętności strzeleckie przewodników wyposażonych w Mausery z II wojny światowej. Być może nasza bardzo liczna grupa robiła tyle hałasu, że odstraszała nawet mocno wygłodniałe niedźwiedzie. Poza tym zwierzęta te raczej wolą polować z lodu, a my z kolei musieliśmy wybierać fiordy, które zostały go pozbawione. W każdym razie przewodnicy chodzą z przypiętymi do plecaków karabinami i pistoletami na race. Odprężają się dopiero w pewnym oddaleniu od brzegu, gdy podchodzimy do góry, gdzie niedźwiedzie nie mają czego szukać. Ale zmysł obserwacji mają wyćwiczony. Nam nigdy nie udało się zobaczyć reniferów, zanim wypatrzyli je przewodnicy.

Wczytuję galerię

Spitsbergen (Svalbard) – warunki śniegowe

Trafiamy na idealne warunki śniegowe. Co prawda na dole biały puch jest trochę mokry, ale wyżej to ideał. Świeży opad leży na podkładzie twardego (to efekt mrozu z zeszłego tygodnia). Gdy sypało, temperatura się podniosła, więc to co na wierzchu, dobrze związało się z podkładem.

Lawinę spuszczamy raz, w miejscu, gdzie teren jest bardzo stromy… Na szczęście, bez konsekwencji. Ogólnie, to mam duże problemy z czytaniem, jaki śnieg zastaniemy na danej wystawie.

Pogodowa loteria

Zresztą już same warunki atmosferyczne są trudne do interpretacji, na co z pewnością wpływa bliskość oceanu. Nie jesteśmy jednak w stanie oddalić się od brzegu dalej niż na kilka kilometrów. Woda jest cały czas w zasięgu naszego wzroku. Bez internetu, nie dotrzemy do prognoz pogody, nie mamy nawet informacji o warunkach, które panowały tu wcześniej. Musimy zdać się na przewodników, którzy znają lokalne uwarunkowania, a na statku mają dostęp do szczegółowych prognoz. W sumie to całkiem wygodne, gdy można w całości zdać się na innych. W górach zdarza mi się to rzadko.

Pogoda na Spitsbergenie
Sąsiedztwo oceanu sprawia, że trudno jest przewidzieć pogodę. (fot. Mathis Dumas)

Jak wspomniałem, na warunki pogodowe nie ma co narzekać. Tylko ostatniego dnia miejscami trafiamy na szreń. Jest to chyba spowodowane tym, że poruszamy się po lodowcu wypełniającym coś w rodzaju przełęczy pomiędzy dwoma fiordami. Wieje tu mocniej, a stoki miejscami błyszczą jak lustro. Ale przy wyborze odpowiedniej wystawy, udaje się znaleźć dobry śnieg.

Mam wrażenie, że wycieczka na Spitsbergen (Svalbard) zawsze jest mniejszą lub większą loterią. Temperatura, pogoda, warunki śnieżne – to wszystko niezwykle trudno jest przewidzieć. Z tego powodu trzeba się raczej nastawić na przygodę w wyjątkowym otoczeniu przyrody i całkowitej pustce, niż na coś w rodzaju narciarskiego wypadu w Alpy.

Spitsbergen (Svalbard) – kiedy się wybrać?

My mieliśmy szczęście, ale wiem, że nie zawsze tak być musi. Z opowieści osób, które odwiedzały Spitsbergen (Svalbard) w maju wynikało, że zawsze udawało im się pojeździć na nartach. Wydaje się, że lepsza jest pierwsza połowa maja, a przynajmniej pierwsze trzy tygodnie. Podobno w ciągu zaledwie 14 dni warunki potrafią zmienić się diametralnie. Śniegu szybko ubywa. Nagle pojawia się mnóstwo ptactwa, a przyroda eksploduje krótkim, ale intensywnym okresem wegetacji.

Statek, jako środek transportu, wybierany jest również latem, ale wtedy korzystają z niego miłośnicy turystyki pieszej.

Svalbard prognoza pogody
Spitsbergen (Svalbard) – tutejsza pogoda potrafi się szybko zmieniać. (fot. Mathis Dumas)

Spitsbergen (Svalbard) – jak zorganizować wycieczkę?

Wycieczkę na Spitsbergen (Svalbard) można jednak zorganizować na różne sposoby.

Decydując się na wyjazd komercyjny, trzeba się przygotować na wydanie poważnych pieniędzy. Alternatywą jest zorganizowanie wyjazdu na własną rękę. Zwykle należy wtedy zarezerwować noclegi w Longyearbyen i wynająć skuter (oraz broń). Można też zabrać namiot i oddalić się od wspomnianej miejscowości.

W internecie można dotrzeć do informacji, dzięki którym taki wyjazd będzie dużo tańszy niż typowa wycieczka komercyjna. Ale tanio nie będzie nigdy. Każdy, kto był w Norwegii wie, że tanio tam nie jest. Na Svalbard może być tylko drożej.

Spitsbergen (Svalbard) – czy warto?

Wspomniałem, że mając już wcześniej możliwość wyjazdu na Spitsbergen (Svalbard), nie wykazywałem zbytniego zainteresowania tym pomysłem. Mamy przecież bliżej do wielu innych pasm górskich. Po tym, co zobaczyłem, zmieniłem jednak zdanie. Przyroda na archipelagu jest tak inna od wszystkiego, co do tej pory poznałem w górach, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie! Jeżeli nadarzy się kolejna okazja, to z pewnością ją rozważę.

Wczytuję galerię

Test FUTURELIGHT™ za kołem podbiegunowym

No dobra, koniec przyjemności, byłem w końcu w pracy! Naszym celem, o czym wspominałem na wstępie, było przetestowanie odzieży z nową membraną: FUTURELIGHT™. Mając możliwość wyboru spodni i kurtki, zdecydowałem się na zaawansowane modele, przeznaczone do freeride’u. Chciałem bardzo skrupulatnie sprawdzić oddychalność innowacyjnego laminatu, bo wiadomo, że producenci mają trudność w wyśrubowaniu tego parametru. Żeby nie było zbyt łatwo, postanowiłem wziąć do testu nieco grubszą odzież.

Warunki podczas testu

Spitsbergen (Svalbard) zwiedzaliśmy na skiturach, więc codziennie musieliśmy podchodzić do góry, zaczynając wycieczkę z poziomu morza. Organizator w sposób bardzo dosadny sugerował, że powinniśmy podchodzić w odzieży z FUTURELIGHT™. Z reguły, jeśli nie muszę, to nie zakładam odzieży hardshellowej przed podejściem. Tutaj musiałem, więc podchodziłem odziany w strój z membraną.

Co konkretnie testowałem?

Spodnie i kurtka, które miałem przyjemność testować, to modele z kolekcji The North Face Purist FUTURELIGHT™. Jak wspomniałem, ich przeznaczeniem jest freeride. Materiał zewnętrzny jest grubszy, a podszewka bardzo konkretna.

Wczytuję galerię

Na co dzień zakładam kurtkę wyposażoną w membranę GORE-TEX C-KNIT™, która jest bardzo lekka. Jeśli ten model miałby być dla mnie punktem odniesienia, to można powiedzieć, iż na skali porównawczej znalazły się dwa dosyć skrajne modele.

Ale wróćmy do FUTURELIGHT™. Producent podaje, że membrana nie jest całkowicie nieprzewiewna, co ma zwiększyć oddychalność. Faktycznie, „domowe” testy zdawały się to potwierdzić. W trakcie sprawdzianu praktycznego, przeprowadzonego w terenie, było to jednak niewyczuwalne. Muszę przyznać, że nie dostrzegłem żadnej różnicy pomiędzy The North Face FUTURELIGHT™ a GORE-TEX C-KNIT™, co – oczywiście – dobrze świadczy o tej pierwszej membranie, która jest nowością i dopiero walczy o zaufanie potencjalnego użytkownika.

FUTURELIGHT™ – przebieg testu i wnioski

Startowaliśmy z poziomu morza, przy temperaturze wynoszącej około 3°C i dużej wilgotności. W spodniach oraz kurtce z membraną FUTURELIGHT™ pokonywałem przewyższenia, by dotrzeć na szczyty, gdzie temperatura spadała poniżej zera. Moje odczucia, jeśli chodzi o odprowadzania wilgoci? Poziom oferowany przez odzież z rodziny The North Face Purist z membraną FUTURELIGHT™ jest satysfakcjonujący.

testy odzieży TNF
Testy odzieży The North Face z membraną FUTURELIGHT™? Oczywiście nie mogło nas tu zabraknąć! (fot. archiwum autora)

Chociaż wysiłek był intensywny, kilka dni testów to za krótki okres, by dobrze poznać możliwości nowej technologii i dowiedzieć się, jak taka odzież spisywać się będzie w różnych okolicznościach. Niemniej surowe warunki Arktyki pozwoliły mi wyrobić sobie podstawową opinię o The North Face FUTURELIGHT™. Muszę przyznać, że nie odczułem różnicy, gdy na czas testów zamieniłem dotychczas używaną membranę GORE-TEX na membranę stworzoną przez The North Face.

Ale to nie koniec! W Tatrach spadł pierwszy śnieg, więc mam nadzieję, że wkrótce będzie okazja, by przeprowadzić kolejne sprawdziany.

A Spitsbergen (Svalbard)? W tej surowej pustce, jest coś niezwykłego. Coś takiego, że już myślę, żeby tam wrócić. Zresztą podobne odczucia miałem po powrocie z Syberii. Po prostu trzeba poczuć ten zapach.

                   
1% dla TOPR

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.