Krzysztof Wielicki i Janusz Gołąb o zimowych zmaganiach z K2 |8academy
14.04.2018

Krzysztof Wielicki i Janusz Gołąb o zimowych zmaganiach z K2

Pomimo, iż szczytu nie udało się zdobyć, wrócili bogatsi o nowe doświadczenia i szereg ciekawych przemyśleń. Dla tych, którzy nie mieli okazji być na spotkaniu z kierownikami Zimowej Narodowej Wyprawy na K2: Krzysztofem Wielickim i Januszem Gołąbem, przygotowaliśmy skrót przeprowadzonej wówczas rozmowy.

                       

Piotr Turkot: Chciałem zapytać o moment, kiedy pierwszy raz przyszło wam doświadczyć himalajskiej zimy.

Janusz Gołąb: Krzysiek – która Twoja wyprawa była pierwszą zimową?

Krzysztof Wielicki: Everest…

J.G.: No właśnie. Pojechał pierwszy raz zimą i od razu wszedł na Everest. Ja po raz pierwszy pojechałem zimą i udało się wejść na Gaszerbrum I. Więc takie doświadczenie już mieliśmy. Natomiast jeśli chodzi o pierwsze dni zimowej wyprawy na K2, był to trekking do bazy. Latem trwa on maksymalnie 6 dni. U nas trwało to troszkę dłużej, bo jeśli organizm jest niezaaklimatyzowany, nieco inaczej się zachowuje.

K.W.: Łatwo nie było. Myśmy trochę współczuli tragarzom, że nasze ładunki muszą nosić, ale oni podczas trekkingu radzili sobie lepiej niż my.

J.G.: Generalnie karawana nie jest prostym przedsięwzięciem logistycznym. Do przejścia było około 90 km olbrzymim lodowcem. Samo dotarcie – to był dla nas bardzo szczęśliwy moment.

K.W.: Na końcu przyspieszyliśmy, bo ktoś powiedział, że pod Broad Peak jest żeńska wyprawa. Chłopcy dodali gazu, a potem się okazało, że to pomyłka. [śmiech]

P.T.: A jak wyglądał wybór miejsca na bazę?

J.G.: Miejsce zostało wybrane przez naszego kucharza jesienią. Część bagaży została zniesiona już w październiku. To wszystko na nas czekało razem z zapasem paliwa, które jest tam niezbędne. Namioty personalne, kuchnie – sukcesywnie stawialiśmy je sami…

Krzysztof Wielicki i Janusz Gołąb o zimowych zmaganiach z K2

Krzysztof Wielicki i Janusz Gołąb opowiadali o K2 licznie zgromadzonej publiczności. (fot. Piotr Deska)

P.T.: A co z miejscami pod osobiste namioty?

K.W.: Janusz rozbił się wyżej, myśmy wybrali miejsce na dole. Każdy był przekonany, że wybiera stanowisko, gdzie będzie najmniej wiało. Każdy miał też na ten temat inną teorię. Ale w rzeczywistości wszędzie wiało po równo.

J.G.: Zgodzę z tym, że wszędzie wiało tak samo. Natomiast pomiędzy wzniesieniem a dolinką była taka różnica, że jak padał albo był nawiewany śnieg, to na dole on się gromadził i namioty były zasypywane, a na górce nie trzeba było ich odkopywać.

K.W.: A jeszcze inni myśleli o tym, żeby nie być za daleko od satelity. Kombinowali, żeby złapać dobry sygnał, bo w namiocie przyjemniej korzysta się z telefonów, niż w mesie.

P.T. Waszym pierwotnym celem była Droga Basków. Jak wyglądała pierwsza konfrontacja ze ścianą? Jak ocenicie zderzenie oczekiwań z doświadczenia letniego z zimową rzeczywistością? Bo początkowo chyba powiało optymizmem?

J.G.: Ja to też tak odebrałem, że było optymistycznie. Po dojściu do bazy przypominaliśmy sobie wszystkie obawy wyrażane przez Rosjanie, którzy byli na Drodze Basków zimą, w sezonie 2011/12. I oni wspominali o czarnym lodzie. O wspinaczce lodowej, która jest uciążliwa. Natomiast myśmy aż tak twardego czarnego lodu nie mieli. Było nawet firnowe połacie. Ale – niestety – było bardzo mało śniegu w kuluarach. W większości tych miejsc odsłonięte był duże wyrobiska skalne. Chodzenie po tym było bardzo problematyczne. Kłopotem była kruszyzna, która na nas leciała.

P.T.: Jak tamtejszy teren wyglądał w ocenie wspinaczy, którzy działają w górach?

J.G.: Ja mam świeżo w pamięci wyprawę letnią Drogą Basków. To było pół roku odstępu. Latem się chodzi dosłownie szerokim żlebem z zakusami w prawo w lewo. Takim bardziej stromym żlebem, niż żleb pod Mnichem. A zimą półki skalne były całkowicie odsłonięte. Kamienie spadały samoczynnie. Wiatr je z góry strącał. Do tego powyżej wisiała olbrzymia bariera śnieżna i odłamki lawin też do nas dolatywały.

Owszem na początku, kiedy jeszcze się nic złego nam nie przytrafiło, optymizm był. Bardzo szybko osiągnęliśmy obóz drugi na wysokości 6300 m n.p.m.. i chłopcy później poszli też trochę wyżej – może na wysokość 6400 m n.p.m. Tutaj na 6500 m n.p.m. kończą się trudności, bo wchodzi się w pewnym momencie w teren lodowo-śnieżny, lodowo-firnowy i tak praktycznie już jest do wierzchołka. Można więc powiedzieć, że zagrożenia lawinami już by tam nas nie dotyczyło. Natomiast wydarzyło się parę nieprzyjemnych sytuacji. Pierwszym ostrzeżeniem było to, gdy nasz szerpa wysokościowy dostał kamieniem w kask.

K.W.: Przyszedł do nas – pokazuje pół kasku i mówi, że drugiej połowy nie ma. Myśleliśmy, że to taki jeden przypadek. Potem się okazało, że każdy dostał gdzieś kamieniem. Jeden w nogę, drugi w plecy, trzeci gdzieś tam… Tylko właściwie Snopek i ja nie dostaliśmy, bo byliśmy w bazie. Potem było coraz gorzej.

kierownik zimowej wyprawy na K2

Krzysztof Wielicki – kierownik wyprawy i Janusz Gołąb – kierownik sportowy wyprawy (fot. Piotr Deska)

P.T.: Te wypadki, które miały miejsce na Drodze Basków, nastąpiły już po punkcie zwrotnym, dla waszej wyprawy. Niedaleko na Nanga Parbat miały miejsce tragiczne wydarzenia. Jak to wyglądało z waszego punktu widzenia, gdy doszły do was informacje, że dzieje się coś złego z Tomkiem?

K.W.: Dzięki internetowi wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Pamiętam były zapowiedzi, że Tomek z Elisabeth będą atakowali szczyt 25 stycznia. Patrząc na wcześniejsze doniesienia o aklimatyzacji do wysokości niecałych 6 tys. byliśmy pełni obaw. Mieliśmy nadzieję, że oni zawrócą. Ale potem była cisza, a następnie od strony francuskiej otrzymaliśmy informację, że podobno byli na szczycie i biwakują gdzieś na 7 400 m n.p.m. oraz że Tomek dostał ślepoty i nie może iść. Że Elizabeth będzie prawdopodobnie schodzić. Byliśmy jedynymi, którzy mogliby pomóc tej dwójce i uruchomiliśmy całą procedurę. Muszę powiedzieć, że nasza ambasada się bardzo dobrze spisała, ponieważ w ciągu jednego dnia uzyskali zgodę z MSZ na uruchomienie środków, mimo że Tomek i Elisabeth nie mieli właściwie ubezpieczenia.

Oczywiście był pewien problem z wyborem składu, ale jak zapytałem się kto leci, to wszyscy się zgłosili. Musieliśmy wyznaczyć czwórkę ludzi. Później była walka o to, żeby helikopter w ogóle po nas przyleciał, bo chmury były dosyć nisko, a ci piloci w zasadzie przy zachmurzeniu nie latają. Ale w końcu udało się ich przycisnąć i jeszcze tego samego dnia nasi ludzie wylądowali pod Nanga Parbat. To było dużą zasługą pilotów, ale nie obyło się bez pomocy naszego attaché. Chodziło o to, że oni chcieli lądować w bazie na 4 000 m n.p.m., a gdyby tak się stało, akcja opóźniłaby się o jeden dzień.

Ostatecznie wylądowali bardzo wysoko, bo pod ścianą na 4 950 m n.p.m. I to umożliwiło chłopakom wyruszenie tej samej nocy w kierunku Elisabet Revol. Mieliśmy z nią kontakt okrężny drogą przez Polskę i Francję. Ważne było, by nie schodziła czasem drogą Messnera, którą się wspinała – tylko bezpośrednio szła w dół. To dawało szansę, że zespół szybko się z nią spotka.

Chcę zaznaczyć, że to nie była akcja ratunkowa po Revol, ale po Tomka. Wiedzieliśmy, że Elisabeth sama schodzi. Oczywiście wiedzieliśmy, że piloci z armii mają zakaz latania powyżej 6 tysięcy, ale mieliśmy może jakiś cień nadziei, że nas gdzieś tam wyżej zrzucą. Albo chociaż polecą trochę do góry i zobaczą co się tam dzieje. Nasze oczekiwania były większe. Chłopcy aklimatyzację mieli do 6200 m n.p.m., ale gdy spotkali Revol to najpierw trzeba było ją ratować. Jeśli poszliby po Tomka, akcja trwałaby całą noc i następny dzień… Wydaje mi się, że piloci nie polecieliby wyżej, w związku z tym nie było szans, żeby oni ściągnęli człowieka, który nie może ruszyć się z namiotu. Dla mnie to nie była szczęśliwa akcja, bo zginął człowiek. A to, czy mogliśmy pomóc, zależało od wielu elementów – nie tylko od nas.

J.G.: W ratownictwie – również tym w górach – są takie procedury, że ocenia się szanse i ratuje się tę osobę, którą można uratować. W tym wypadku była to Elisabeth. Należy się cieszyć z tego, że nasza wyprawa ocaliła przynajmniej jej życie.

P.T.: Ale z akcji ratunkowej nie wszyscy wrócili do bazy pod K2. Nie dotarł tam Jarek Botor – ratownik, który odpowiadał za zabezpieczenie medyczne waszej wyprawy. To był chyba kłopot, bo zaraz potem zdarzyły się dwa wypadki. Kto z was chwycił za igłę i zszył Adama Bieleckiego?

K.W.: Nie mogłem patrzeć się na to, gdy inni filmowali, jak „Szewc Dratewka” Piotrek Tomala zabierał się za igłę i za nici. Dzięki naszemu lekarzowi Robertowi Szymczakowi, który go instruował przez WhatsApp`a, pozszywał Adamowi czoło i nos. No, ale wszystko się udało i Adam wydobrzał za jakieś 10 dni. Ale tak poważnie, to wszyscy przeszliśmy jakieś szkolenie medyczne.

Janusz Gołąb - kierownik sportowy zimowej wyprawy na K2

Janusz Gołąb (fot. Piotr Deska)

P.T. No, ale po tych wypadkach zapadła decyzja o rezygnacji z akcji górskiej na Drodze Basków. Pojawiały się różne pomysły. Ostateczni zdecydowaliście się na Żebro Abruzzich, ale czy zastanawialiście się też nad pomysłem Denisa, czyli nad wspinaczką nową drogą na wschodniej ścianie?

K.W.: Nie myśleliśmy o tym, ponieważ już byliśmy spóźnieni o trzy tygodnie. Rozpoczęcie nowej – nieznanej nam drogi – na początku lutego było zbyt ryzykowne. Wydawało nam się, że trzeba wrócić na Żebro Abruzzich. Tam w tydzień zrobiliśmy tyle, co na Drodze Basków przez trzy tygodnie.

P.T.: Na Żebrze Abruzzich poruszaliście się szybko. Czyżby tam na początku był nieco łatwiejszy teren?

J.G.: Jest mniej stromy, niż na Drodze Basków. Jeśli na Drodze Basków spada kamień, to on ma szansę się rozpędzić. Żebro Abruzzich bardziej „leży” i spadający kamień wbija się w zaspę śniegu lub załom skalny. Nie ma szans na to, że uzyska taką prędkość, która stanowić będzie większe zagrożenie. Jest to droga dłuższa, ale technicznie mniej uciążliwa (aczkolwiek też ma partie „parawspinaczkowe”, takie jak Komin House’a, czy Czarna Piramida). W dużej ilości spotykaliśmy tu stare liny poręczowe i stare stanowiska asekuracyjne, co przyspiesza tempo wspinaczki. Bardzo ważne są też miejsca, w których biwakujemy. Na Drodze Basków są one bardzo małe i niewygodne – ledwo udawało nam się stawiać jeden namiot dwuosobowy w obozie pierwszym i obozie drugim. Na Drodze Abruzzich miejsca biwakowe są znacznie bardziej komfortowe.

P.T.: Walczyliście z aklimatyzacją przez cały czas i tak naprawdę pod koniec wyprawy ostatecznie jej zabrakło.

K.W.: Taktyka była uzależniona od okien pogodowych. One były. W sumie nawet 5, czy 6 na całej wyprawie. Ale były dosyć charakterystyczne, bo krótkie. Problemem było dotrzeć wysoko zaaklimatyzować się i zejść. Zespoły, które szły do góry się aklimatyzować, zawracały z powodu silnego wiatru. Były też takie szkwały. Wiatr miał wiać z prędkości 40km/h, a okazywało się, że wieje 80 km/h. W tym roku nieustabilizowana była sytuacja w Arktyce, to powodowało też anomalia pogodowe na K2. Nie można było niczego przewidzieć. Była walka o obóz drugi, który się udało założyć pod kominem. Potem Adam z Denisem trafili w okno, które pozwoliło dotrzeć na 7 200 m n.p.m. i nawet spędzić tam jedną noc, ale jak wracali, już mieli huragan.

J.G.: W takich nienajlepszych warunkach pogodowych oporęczowaliśmy dolną część Żebra. Pojawił się jednak problem, bo część lin zostawiliśmy na Drodze Cesena i zaczęło nam ich brakować. Były dyskusje, czy korzystać ze starych, wiszących lin, które zostały założone latem, bo zawsze to niesie ze sobą pewne ryzyko. No, ale ostatecznie koledzy dotarli na te 7200 m n.p.m.

P.T.: A czy otrzymywane prognozy pomagały w ustalaniu terminarza?

K.W.: Raczej nie pomagały, ale denerwowały. Mieliśmy profesjonalne prognozy, ale co z tego, jak były one złe. Cały czas toczyła się walka o to, żeby jeszcze jakiś zespół się zaaklimatyzował. I kiedy wiedzieliśmy już, że nie ma na to szans przed atakiem szczytowym, a zapowiadała się całkiem dobra pogoda na 4-6/7 marca, wymyśliliśmy, że pójdą Denis z Adamem. I będzie to też okazja, żeby przygotować zespół lub dwa zespoły wspierające. No ale 24 lutego niespodziankę sprawił nam pewien pan…

Kierownik Krzysztof Wielicki

Krzysztof Wielicki (fot. Piotr Deska)

P.T.: No właśnie – ta sytuacja trafiła na czołówki wszystkich mediów w Polsce. Pojawił się pewien konflikt na wyprawie…

K.W.: To nie był żaden konflikt. 24 lutego wieczorem Denis „obudził się” nagle i pyta się Adama: to co, idziemy na szczyt? Adam odpowiedział, że jeszcze nie wypoczął, a do tego za 2 – 3 dni ma być mocny wiatr, więc nie ma sensu teraz wychodzić. Wydawało mi się, że Denis to zrozumiał. Następnego dnia jeden „spóźnialski” doniósł mi, że w drodze na śniadanie widział osobę oddalającą się od bazy. Patrzę, a to Denis. Opuścił mesę, spakował się i poszedł. Ja się – oczywiście – strasznie zdenerwowałem, bo poszedł sam, a to różnie może być. Poprosiłem chłopaków w obozie pierwszym, żeby go zatrzymali. Denis oznajmił, że nie będzie ze mną rozmawiał. Myślę sobie: jak nie chce, to nie. Mówię do chłopaków, żeby chociaż namówili go na zabranie ze sobą telefonu. On na to, że nie jest mu potrzebny, bo sam sobie poradzi. Właśnie to mi się bardzo nie spodobało, że nie chciał porozmawiać i uznał, że jego bezpieczeństwo zależy wyłącznie od niego. A tak nie jest. Niech dostanie kamieniem, albo upadnie i złamie nogę. My, wiedząc o tym, wysłaliśmy za nim zespoły, które miały się aklimatyzować i ewentualnie dojść do „trójki” i zobaczyć co się z nim dzieje. Myślę, że tak nie można robić, bo się naraża innych na niebezpieczeństwo. Według nas złamał pewne zasady, ale trudno – poszedł. Znałem prognozy, więc wiedziałem, że musi wrócić po dwóch dniach i tak się stało.

Do teorii Denisa, że zima kończy się 28 lutego nie przykładaliśmy wagi, gdyż nie było o niej mowy podczas wyprawy. Dopiero 24 sobie przypomniał, że zostały mu 4 dni. Trzeba powiedzieć, że Denis był bardzo zdeterminowany żeby wejść na K2 i świetnie się tutaj wspinał. Nie można mu w tej kwestii niczego zarzucić. Niestety, ta jego filozofia spowodowała, że zrezygnował z realizacji naszego programu.

Wczytuję galerię

P.T.: Niedługo potem dopadła was niepogoda i zaczęliście rozważać sens kontynuowania akcji.

K.W.: Pod koniec wyprawy nagle zaczęły się opady. Mieliśmy kumulacyjny wykres, który mówił o dwóch metrach na wysokości 7 600 m n.p.m. Być może aż takich ilości śniegu tam nie było, bo też wiatr robi swoje, ale tyle spadało. Do tego te wszystkie słupki od końca lutego cały czas miały rosnąć. Doszedł więc następny problem – zagrożenie lawinowe. To nas trochę przystopowało.

J.G.: Gdzieś tam te okno się pokazywało, ale po takich opadach trzeba też troszeczkę czasu dać górom, żeby się otrząsnęły z tego śniegu. Musielibyśmy poświęcić jedno okno, żeby sytuacja się ustabilizowała. Obserwowaliśmy co się dzieje i były symptomy tzw. desek. Teren nad Czarną Piramidą, był wtedy bardzo zagrożony lawinami. Już tego czasu nie mieliśmy.

P.T.: Na pierwszej konferencji po waszym powrocie pojawiły się głosy, żeby spróbować wejść na K2 jeszcze w tym roku. Czy jest na to szansa i czy w ogóle tak szybki powrót miałby sens? Wasz sprzęt tam podobno jest.

K.W.: No comment.

J.G.: Powiem tak: szansa wejścia na wierzchołek na pewno jest. Gdyby jej nie było, to byśmy tam nie jechali. Ja tylko przypomnę, że pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat miało miejsce chyba za 33 podejściem. Na K2 były jak dotąd cztery zimowe próby i wydaje mi się, że są to próby ważne. Teraz trzeba wyciągnąć wnioski. Z tego co wiem, to w zespole paru chłopaków bardzo chce tam wejść.

                   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.