28.08.2016

Elbrus Race – wyżej w Europie nie pobiegniesz!

Bieg bez wątpienia wyjątkowy, z metą na samym wierzchołku Elbrusa - 5642 m n.p.m. Można się kłócić o to, czy jest on najwyższym szczytem Europy, czy znajduje się już jednak w Azji. Bezsprzecznym pozostaje natomiast to, że sam bieg jest niezwykły. Przyciąga ekstremalnym charakterem, górską przygodą i kaukaskim klimatem.

Co roku odbywają się dwie edycje Elbrus Race: wiosenna w maju i jesienna we wrześniu. Organizowane są niezależnie, przez zupełnie innych organizatorów. Edycja wiosenna jest zdecydowanie bardziej popularna i lepiej nagłośniona medialnie. Można startować zarówno w biegu górskim jak i na skitourach. Ja zdecydowałam się jednak na start we wrześniu [autorka brała udział w Elbrus Race 2015, w którym zajęła pierwsze miejsce wśród kobiet- przyp.red.].

Mimo że „moim sportem” jest narciarstwo wysokogórskie / skitoury [Ania jest członkiem międzynarodowego Teamu Dynafit], wybrałam edycję jesienną i bieg „z buta”. Zależało mi na zmierzeniu się z kobiecym rekordem trasy Extream, a we wrześniu warunki są lepsze, pogoda pewniejsza, a śniegu mniej, więc łatwiej biec. Trasa skitourowa nigdy nie zaczyna się na samym dole w miejscowości Azau, a jak już startować w biegu na Elbrus to na maksa, czyli na trasie Extream z miejscowości Azau na około 2300 m n.p.m na wierzchołek Elbrusa 5642 m n.p.m. (szczególowy opis trasy extreme i klasycznej można znaleźć na stronie organizatorów).

Elbrus Race – informacje praktyczne

W przeciwieństwie do wielu innych biegów górskich w Polsce czy w Alpach, zapisy nie stanowią problemu. Praktycznie tuż przed startem biegu kwalifikacyjnego można się jeszcze zgłosić. Organizatorzy są bardzo otwarci i z chęcią przyjmują każdego zapalonego biegacza górskiego, tym bardziej innej narodowości. Nie ma specjalnych wymogów, nie potrzeba także „nazbierać” punktów kwalifikacyjnych. Jedynym ultimatum jest ukończenie w odpowiednim czasie biegu kwalifikacyjnego, który ma miejsce na dwa dni przed biegiem głównym. Limity nie są specjalnie wyśrubowane, więc praktycznie każdy odpowiednio przygotowany do wyzwania biegacz powinien sobie z tym poradzić.

Anna Figura Elbrus Race kwalifikacje

Ania Tybor, Marcin Rzeszótko, Ania Figura – zapisy na bieg kwalifikacyjny (fot. ze zbiorów autorki)

Mimo, że zapisać się można w ostatniej chwili, to o wyjeździe na zawody należy pomyśleć odpowiednio wcześniej. Najważniejsze, żeby załatwić wizę do Rosji na teren Kaukazu. Miesiąc wcześniej to absolutne minimum. Wprawdzie w internecie można znaleźć informacje, że za stosowną opłatą w kilka dni można dostać wizę do Rosji… ale nie na teren Kaukazu. Na wizę uprawniającą na wjazd w tamten rejon trzeba czekać ponad 3 tygodnie i jest nieco droższa. Ważne aby sprawdzić paszport – musi być ważny jeszcze przez 180 dni po zakończeniu podróży. Ja korzystałam z usług agencji pośredniczącej w załatwianiu wszelkich formalności. Poszło szybko i bezproblemowo, i zaoszczędziło mi zbędnych wyjazdów do urzędów.

Kolejnym problemem może być transport. Miałam pomysł, żeby polecieć tanimi lotami do Kutaisi w Gruzji, następnie udać się na Kazbek 5047 m n.p.m. w ramach aklimatyzacji, skąd „marszrutką” przejeżdżając przez granicę gruzińsko-rosyjską dostać się do Azau pod Elbrusem. Niestety pomysł ze względów politycznych nie mógł być zrealizowany. Próbowaliśmy dowiedzieć się w konsulacie, czy granica jest przejezdna, czy zostaniemy przepuszczeni. Niestety nikt z urzędników nie potrafił nam pomóc, więc postanowiliśmy nie ryzykować i wybraliśmy lot do miejscowości Mineralne Wody na terenie Rosji.

Pojechaliśmy niezawodną ekipą: ja, Ania Tybor, Marcin Rzeszótko i mój Tata, jako wsparcie podczas biegu i przygotowań do niego. Trzy tygodnie wcześniej z Anią i Marcinem biegliśmy na Mont Blanc, także byliśmy wstępnie zaaklimatyzowani i „przetarliśmy się” z tak szalonym wyzwaniem jak bieg na wysoką górę.

Wejścia aklimatyzacyjne

Aklimatyzacja przebiegała pomyślnie i zgodnie z przedwyjazdowymi założeniami. Wzięliśmy ze sobą „pałatki” (namioty), żeby nie być skazanym na korzystanie z „górskich schronów”. Do wyboru jest kilka miejsc, niestety wszystkie o raczej słabych standardach i w cenie zupełnie nieadekwatnej. Można m.in. skorzystać z noclegu w tzw. „beczkach” na około 3700 m n.p.m. tuż nad górną stacją kolejki krzesełkowej, w schronie Prijut 11 na wysokości 4200 m n.p.m. lub z nowego schronu na wysokości około 4000 m n.p.m. w dobrym stanie, ale w wysokiej cenie.

Elbrus schrony - beczki (fot. ze zbiorów autorki)

Beczki (fot. ze zbiorów autorki)

Wyjście pierwsze

Na drugi dzień po przylocie do Rosji udaliśmy się na mały trening i rekonesans terenu. Korzystając z gondolki dostaliśmy się na wysokość 3500 m n.p.m., skąd na lekko, marszobiegiem, dotarliśmy do skał Pastuchowa (około 4700 m n.p.m.). Pogoda zaczęła się psuć, pojawiły się niskie chmury i zaczął padać śnieg z deszczem. Szybko uciekliśmy na dół do pensjonatu, gdzie przeczekaliśmy kolejny dzień brzydkiej pogody. Dobrze nam to zrobiło, odpoczęliśmy nieco po podróży.

Wyjście drugie

Kolejnego dnia, we wtorek 15.09 wyjechaliśmy ponownie naszą ulubioną zardzewiałą gondolką do stacji Mir na 3500 m n.p.m., a następnie przesiedliśmy się na równie stary i budzący obawy wyciąg krzesełkowy, którego górna stacja znajduje się tuż przy schronie „beczkach”. Doszliśmy do Prijuta na wysokość 4200 m n.p.m., gdzie rozbiliśmy swoje “pałatki” i już na lekko podeszliśmy do Skał Pastuchowa.

Wczytuję galerię

Wyjście trzecie “przygodowe”

Na drugi dzień budziki zadzwoniły równo o 5:00. Śniadanie, raczej skromne, bo apetyt średni, herbatka i kawa 3w1 i o 6:00 ruszyliśmy w górę. Byliśmy oczywiście najpóźniej startującą na wierzchołek ekipą, a także zaczynającą najniżej, ponieważ większość decyduje się na wjazd ratrakiem na 5100 m n.p.m. Podejście jest dość żmudne i niezbyt urozmaicone. Do wysokości 5100 m n.p.m., gdzie dojeżdża ratrak, idzie się praktycznie prostą, wyjeżdżoną przez gąsienice ścieżką. Niby blisko, niestety w miarę podchodzenia, wydaje się, że drogi nic nie ubywa… Szczerze mówiąc, strasznie mi się tam wlekło … :-/ Weszliśmy na szczyt w 4 godz. 30 min z Prijuta (4200 m n.p.m.). Oczywiście pamiątkowe zdjęcie, przybicie piątki i ta straszna myśl, że niedługo znowu trzeba będzie się tu wgramolić i to w dużo szybszym tempie… i jeszcze z samego dołu.

Zejście na szczęście nie przysparza problemów i jest stosunkowo szybkie. Nam przytrafiła się jeszcze mała przygoda – sprowadzaliśmy spod przełęczy (około 5300 m n.p.m.) do miejsca gdzie wyjeżdża ratrak, mężczyznę z chorobą wysokościową. Miał opuchniętą i zsiniałą całą twarz, oczu nawet nie mógł otworzyć, słaniał się na nogach, co kilka kroków wywracał, na szczęście udało się jakoś go sprowadzić. Tata i przedstawiciel lokalnej służby ratunkowej wzięli go pod pachy i praktycznie wlekli na dół. Ja niosłam wszystkie bagaże.

To wydarzenie otworzyło mi oczy, na sposób działania służb ratowniczych w Rosji… Okazało się, że ratrak ratowniczy nie może przyjechać. Było już po południu, śnieg był zbyt miękki, a ratrak ratowniczy miał zbyt małe gąsienice. Turystyczny wprawdzie mógłby przyjechać i pomóc, ale że poszkodowany nie miał pieniędzy, to nie przyjechał. W końcu, po długich, napiętych negocjacjach z Panem “pseudoratownikiem”, udało się go przekonać, żeby zadzwonił po ratrak turystyczny, a poszkodowany (jak już udało się złapać z nim kontakt) obiecał, że zapłaci, jak tylko zejdzie na dół.

Wczytuję galerię

Odliczanie do startu

Kolejną noc spędziliśmy w górach pod “pałatkami” (bardzo polubiłam to słowo określające namiot). W czwartek zrobiliśmy jeszcze jedno wyjście na lekko na 5200 m n.p.m. Poszło nawet sprawnie i mimo nakładającego się po kilku dniach zmęczenia szybko się przemieszczaliśmy. Przed samym biegiem jeszcze raz byliśmy na wysokości, żeby wzmocnić i poprawić aklimatyzację. Musieliśmy też wystartować w biegu kwalifikacyjnym dwa dni przed biegiem głównym.

Bieg kwalifikacyjny Elbrus Race (fot. ze zbiorów autorki)

Bieg kwalifikacyjny Elbrus Race (fot. ze zbiorów autorki)

Zawody biegowe

Wystartowaliśmy o 6:00 rano z Azau (około 2300 m n.p.m.). Jedynie siedmioro zawodników podjęło się rywalizacji na trasie extrem: nasza trójka, Rosjanie i zawodnik z Ułan Bator, który niestety nie ukończył biegu.

Droga początkowo wiedzie pod naszą ulubioną, zardzewiałą kolejką gondolową, aż do jej górnej stacji Mir 3500 m n.p.m. Biegliśmy stricte po trasie narciarskiej, momentami dość stromej, a następnie drogą do “beczek”. Tam czekał na nas depozyt, a w nim m.in. raczki, stuptuty, rękawiczki i izotonik. Od tego momentu poruszamy się już po lodowcu i, co niestety “miażdży psychę”- cały czas widzimy nad sobą żmudne i monotonne podejście, którym jeździ ratrak i wywozi turystów na wysokość 5100 m n.p.m.. Postanawiam nie podnosić głowy, żeby nie widzieć, jak daleka droga mnie czeka…

Pod Prijutem (4200 m n.p.m.) czeka na nas mój tata. Pojawiam się u niego po 2 godzinach, Marcin 12 min przede mną. Wylewam z camelbacka izotonik, fatalnie się czuję, mam problemy z żołądkiem i nie jestem w stanie pić. Zamiast tego wybieram zwykłą, czarną herbatę z cukrem i to jest dobry wybór! Waham się, czy iść dalej… naprawdę bardzo źle się czuję… w końcu, za namową taty ruszam wolno w górę. Ania przychodzi 15 min po mnie.

Wczytuję galerię

Wyłączam myślenie, po głowie chodzi mi tylko jakaś irytująca piosenka, ale przynajmniej to na niej skupiam swoją uwagę, a nie na mozolnym podejściu! Zaczynam czuć się nieco lepiej, mijam trzech zawodników z trasy extrem. Dochodzę do miejsca, gdzie dojeżdża ratrak. Zaczyna mocniej wiać i pojawia się zachmurzenie, ale i tak pogoda jest bardzo łaskawa: mam na sobie tylko cienkie getry do biegania i bluzkę z długim rękawem, mimo że jestem już na wysokości około 5200 m n.p.m..Ostatni odcinek to trawers na przełęcz pomiędzy wschodnim i zachodnim wierzchołkiem Elbrusa. Z niej mamy jeszcze do pokonania 300 m przewyższenia do wierzchołka. Po drodze krótka i dość prosta “poręczówka”, na której zauważam przed sobą Marcina i praktycznie razem wchodzimy na wierzchołek z czasem 4 godz 22 min (Marcin 3 sek, ja 10 sek). GPS pokazuje prawie 3300 m przewyższenia, 12 km i 160 m odległości.

Podziwiam trzech sędziów, którzy w naprawdę silnym wietrze stoją na szczycie! Częstują nas herbatą, robimy pamiątkowe zdjęcia, zakładamy kurtki i szybko schodzimy na dół. Na przełęczy mijamy się z Tibi [Anna Tybor – przyp. red.] . Zostało jej ostatnie 300 metrów!

Nie tylko rywalizacją zawodnik żyje... udział w Elbrus Race to również okazja na podziwianie pięknych widoków (fot. ze zbiorów autorki)

Nie tylko rywalizacją zawodnik żyje… udział w Elbrus Race to również okazja na podziwianie pięknych widoków (fot. ze zbiorów autorki)

Schodzenie to ten element, którego nie lubię najbardziej i jak zawsze trochę się dłuży. O 14:00 wszyscy jesteśmy z powrotem przy beczkach. Wyzwanie zakończone! I już po wszystkim! Miesiące przygotowań, organizacji, załatwiania: wizy, lotów, noclegów, sprzętu, urlopu… nie wspominając już o godzinach spędzonych na ciężkich treningach i o aklimatyzacji! Ale było warto. Choć wcale nie łatwo !

Życzę powodzenia wszystkim startującym w kolejnych edycjach Elbrus Race!

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.