Szukając plecaka, który sprawdzi się w realnych warunkach - nie tych z katalogu, tylko takich, gdzie człowiek poci się pod górę, śpi pod tarpem, a potem wraca w błocie - trafiłem na Mammut Ducan Spine 28-35. Nie szukałem wielkiego transportera na tydzień w Kaukazie, tylko czegoś elastycznego na 1-2 dni, z możliwością rozbudowy pojemności i systemem nośnym, który nie zniszczy mi kręgosłupa przy pierwszym podejściu.
Miałem już kilka plecaków, które wyglądały świetnie na zdjęciach, ale w terenie okazywały się udręką. Uwierały, grzały, albo wszystko w nich było głęboko schowane niczym sens w opowieściach Davida Lyncha. Chciałem czegoś innego. Praktycznego. I po kilku testach mogę powiedzieć, że Mammut Ducan Spine 28-35 nie jest rewolucją, ale to bardzo sensowny plecak – z kilkoma genialnymi patentami i jednym haczykiem.

Jeśli coś ma działać w górach, musi przejść próbę ognia albo przynajmniej kilka dni w terenie – z podejściami, nocowaniem i codziennym pakowaniem wszystkiego od nowa. Plecak Mammut Ducan Spine 28-35 nie miał lekko – poszedł ze mną na szlak bez taryfy ulgowej.

Na pierwszy ogień poszła dwudniowa wycieczka z nocowaniem. Klasyk w Beskidzie Śląskim: Brenna – Stary Groń – Grabowa – Kotarz – Hala Jaworowa – powrót do Brennej. Start z rana, plecak spakowany na biwak pod chmurką: tarp, śpiwór, mata, ciuchy, jedzenie, woda plus napoje, trochę sprzętu kuchennego, tym razem bez termosu.
Już po pierwszym podejściu wiedziałem jedno: obietnice producenta to nie ściema. Plecak pracuje razem z biodrami – dosłownie. Nie ciągnie do tyłu, nie blokuje kroku, nie rzuca się na krzyż jak dzieciak w furii. Przy marszu z kijkami czułem, że cały ciężar jest rozłożony sensownie i to bez dodatkowej regulacji co 5 minut. To nie jest system nośny dla fanów pancernych stelaży, ale dla mnie – kogoś, kto lubi chodzić dynamicznie – to był strzał w dziesiątkę. Szczerze mówiąc, od samego patrzenia byłem zadowolony.

Na górze – szybki rozstaw tarpika, kolacja z termosu od kolegi i noc z widokiem na nic, bo ciemno. Pojemność 35L wystarczyła na styk, ale ja osobiście zawsze zabieram zbyt wiele sprzętu. Nie zmieścisz tu dodatkowego kocyka i trzech par skarpet na zmianę. To plecak dla tych, którzy wiedzą, czego naprawdę potrzebują.
Zwinąłem biwak i ruszyłem dalej. Pogoda? Wczesnowiosenna klasyka latem – trochę błota, trochę wilgotno, ale po godzinie upał. Na Kotarzu plecak w dalszym ciągu nie dawał znać o ciężarze. Pomimo że poprzedniego dnia ważył około 15 kg.
Dostęp od dołu do komory głównej? Rewelacja. Szczególnie podczas biwakowania i chowania odzieży na zmianę na sam dół plecaka. Podobnie z kieszeniami na pasie biodrowym – nie są ozdobą, tylko naprawdę mieszczą rzeczy. Telefon (ma taką specjalną kieszeń na niego), baton, rękawiczki – wchodzą bez wciskania na siłę.

Plecak schodził razem ze mną przez Halę Jaworową do Brennej. Na koniec dnia czułem zmęczenie w nogach, ale plecy i ramiona miały się dobrze, a to najlepszy możliwy komplement.
W takiej konfiguracji plecak miał dużo luzu, ale i tak sprawiał wrażenie wypchanego, chociaż nie po same brzegi. Dzięki regulowanemu kominowi mogłem go dobrze dopasować. Nic nie latało, nic nie uwierało. To jeden z niewielu plecaków, które trzymają formę, nawet gdy są tylko w 50% zapakowane.


I trzy minusy:

Test wykonał dla Was Przemysław Garkun.
Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.