Czy markę Salomon trzeba jeszcze komuś przedstawiać? Zapewne każdy, kto choć raz szukał butów trailowych trafił na jej produkty. Tym razem sprawdzamy Salomon Ultra Glide 4 - czy rzeczywiście pomaga, gdy kilometrów przybywa?
Moja znajomość z tą marką zaczęła się właśnie od pierwszego biegu z przeszkodami, kiedy na nogach miałam jeden z kultowych modeli – Salomon Speedcross. Buty idealne na błoto, którego organizatorzy zapewniali wielkie ilości. Na kilka lat przerzuciłam się na inną markę, więc kiedy dostałam propozycję przetestowania nowego modelu Salomona, odezwała się we mnie lekka nostalgia, ale jednocześnie nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać.
Po zapoznaniu się z technicznym opisem modelu z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy wreszcie je będę miała w rękach. Otwierając pudełko, moim oczom ukazały się buty Salomon Ultra Glide 4 w pięknym niebieskim kolorze. Choć na pierwszy rzuta oka wydają się ciężkie, to po wzięciu do ręki czuć, że projektantom zależało na niższej wadze. Po pierwszym mierzeniu odniosłam wrażenie, że mimo dużej amortyzacji podeszwa wydaje się być raczej twarda, ale to uczucie znika po zrobieniu kolejnych kilometrów.

Jak już wspomniałam, buty trailowe Salomon Ultra Glide 4 nie należą do ciężkich. W rozmiarze 38 ważą tylko 255 g. Cienka cholewka sprawia wrażenie przewiewnej, ale jednocześnie wytrzymałej. Tak samo jak w poprzedniej wersji pod piętą znajduje się 41 mm pianki, pod palcami 35 mm, co daje 6 mm dropu. Podeszwa posiada kołki o wysokości 4 mm, a jej charakterystyczny kształt Relieve Sphere ma pomagać rozkładać nacisk i tłumić wstrząsy. Użyta guma All Terrain Contagrip zapewnia naprawdę dobre trzymanie w różnym terenie, także na wilgotnych skałach. Za wysoki poziom amortyzacji odpowiada pianka OptiFoam.
Buty trailowe Salomon
System szybkiego sznurowania Quicklace i kieszonka do schowania to już właściwie standard w butach trailowych marki Salomon. Sam system działa płynnie i całkiem dobrze trzyma, choć po kilkunastu kilometrach miałam wrażenie, że lekko się poluzował. Każdy chyba choć raz poczuł się zirytowany, kiedy co jakiś czas trzeba było poprawiać język w bucie, tymczasem zastosowana tutaj technologia EndoFit sprawia, że nic się nie przesuwa. Dobrze okala śródstopie, bez uczucia ucisku. Język i zapiętek są mocniej wyściełane, co wpływa pozytywnie na komfort, choć mam tutaj drobną uwagę, ale o tym później. Szerokość cholewki jest opisywana jako standardowa, ale choć mam lekko szersze stopy, to nie czułam dyskomfortu. Nie ma tutaj klasycznego, gumowego otoku, zamiast niego jest wzmocnienie z lekkiego tworzywa, które całkiem dobrze chroni przód stopy.

Pora przejść do tej ciekawszej części, czyli testu w terenie! Na pierwsze bieganie padło na Jurę i okolice Złotego Potoku. Wczesna wiosna to idealny moment na sprawdzanie właściwości butów w zróżnicowanym terenie. Na dłuższe biegi najczęściej wybieram się z psem, więc buty muszą być odpowiednio przyczepne i dawać dobrą stabilizację. Wystarczy spotkanie z sarną i nagłe szarpnięcie smyczy w bok, żeby spokojny odcinek szlaku szybko zrobił się problematyczny. Trzeba wtedy utrzymać równowagę, nie wpaść w krzaki, nie polecieć na zbiegu i nie skończyć wycieczki ze skręconą kostką. Tutaj wszystko sprawdziło się jak należy.

Na początku trasy było delikatnie pod górę, dopiero po kilku kilometrach pojawiło się pierwsze ostre podejście, pokonane bez problemu. Potem jeszcze trafiło się trochę stromych zbiegów, podbiegów i dynamicznych zakrętów. Do tego sporo momentami śliskich skał, czyli właściwie wszystko to, co przychodzi do głowy na myśl o Jurze. Słowo, które idealnie podsumowuje same buty to: trzymanie. W każdym momencie biegło mi się dobrze, każdy krok był pewny, a jedyny zaliczony upadek był spowodowany nieuwagą i zahaczeniem o wystający korzeń.
Mówiąc o pewnym kroku na zbiegach należy dodać, że miałam podpiętego do siebie małego psa, który mimo tylko 8 kg, potrafi ciągnąć z bardzo dużą siłą. Muszę przyznać, że w takich warunkach buty zdały egzamin pod względem stabilności i trzymania w zróżnicowanym terenie – także wtedy, gdy mijana kilkanaście metrów dalej sarna postanowiła znacząco podnieść poziom trudności biegu.

Łódkowaty kształt podeszwy w komfortowy sposób ułatwia przetaczanie, a wspomniane rozkładanie nacisku i duża ilość amortyzacji musiały zadziałać, bo po całej trasie nie czułam nic więcej, ponad standardowe zmęczenie stóp, nawet po pokonaniu ścieżki wypełnionej luźnymi kamieniami. Jedyne, na co mogłabym ponarzekać, to lekki ucisk w okolicach kostki, ale to bardziej kwestia ułożenia się wewnętrznej warstwy cholewki i polubienia się z systemem sznurowania, którego do tej pory nie miałam okazji zbyt często używać.
Trochę też zastanawiałam się, jak buty w tak jasnym kolorze będą wyglądać po pokonaniu takiej trasy. Choć sama podeszwa nie jest już idealnie biała, to cholewka wygląda jak w butach świeżo wyciągniętych z pudełka. Może i nie było błota, nie wykąpałam ich też w potoku, a po takiej trasie najczęściej zostaje pył. Daje to nadzieję na łatwe pozbywanie się brudu. Bieżnik nie ma trudno dostępnych zakamarków, więc znika problem z kamyczkami, które lubią wchodzić w podeszwę.

Kolejny test odbył się przy okazji wędrówki do schroniska pod Baranią Górą i tutaj te buty mnie uratowały. Samego biegania nie było dużo, bo jedynie kilkanaście kilometrów w łatwym terenie, za to z błotem i potokami. Do tego dwa tygodnie wcześniej zrobiłam swoje pierwsze 50 km. Wtedy wolałam mieć na nogach sprawdzony model, bo Salomon Ultra Glide 4 były ze mną za krótko i nie zdążyłam ich jeszcze porządnie rozbiegać. Tym razem nogi nadal wymagały raczej podejścia regeneracyjnego niż szybkiego przemieszczania się.
W trakcie tego biegu utwierdziłam się w tym, że ta podeszwa da sobie radę właściwie w każdym terenie, nawet jeśli będzie trochę ślisko. A co z gdybaniem na temat wyglądu butów po zetknięciu się z błotem? Wystarczyło jedno szybkie wejście do potoku i delikatny nurt, żeby buty wróciły do stanu prawie pierwotnego.

Amortyzacja Salomonów sprawdziła się bardzo dobrze właśnie wtedy, gdy stopy były już zmęczone dłuższą wędrówką i podejściami. Początkowo szłam w innych butach, które były pierwszy raz używane w terenie i chyba zdecydowanie lepiej byłoby zacząć od kilku krótszych tras, zamiast od razu robić w nich 30 kilometrów. Stopa lekko ślizgała się w środku, co z czasem zaczęło przeszkadzać. W trakcie wycieczki zmieniłam więc buty na Salomony i to właściwie uratowało komfort dojścia do schroniska. Po nocy było już względnie w porządku – zostało głównie zmęczenie mięśni nóg, bez większego dyskomfortu w stopach. Powrót był bezproblemowy, a każdy krok komfortowy. Sprawdziły się świetnie i jeszcze nieraz będę do nich (lub w nich) wracać.
Można jeszcze zastanowić się, czym właściwie jest to ultra. Według definicji ultramaraton to każdy bieg powyżej długości maratonu. Dla mnie biegi ultra zaczynają się od 50 km. Część biegaczy powie, że powyżej 80 km, ale są też osoby, które za prawdziwych ultrasów uznają tylko tych, którzy przebiegli minimum 100 km.

Niezależnie od definicji mogę z pewnością powiedzieć, że Salomon Ultra Glide 4 nie jest modelem, który będzie ustanawiał rekordy trasy. Choć mam w głowie pewnego polskiego biegacza, który lubi zaskoczyć czasem ukończenia biegu ;). Za to świetnie będą się sprawdzać podczas długiego wybiegania i wszelkich startów, kiedy potrzebujemy butów komfortowych, dobrze amortyzujących i dających stabilność. Niekoniecznie są to buty na trasy trudne technicznie, ale sprawdzą się wszędzie tam, gdzie mamy teren mieszany i dużo kilometrów przed sobą. Na zakończenie powiem tylko, że to naprawdę dobry model. Moim zdaniem warto je dodać do listy kandydatów, kiedy nadejdzie moment zakupu nowych butów.
Test wykonała Julia Szczygielska.
Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.