Wakacje, wakacje i po wakacjach... czyli z pamiętnika etatowego taternika
31.08.2016

Wakacje, wakacje i po wakacjach… czyli z pamiętnika etatowego taternika

Wakacje - upragnione, wyczekane, wytęsknione. Kojarzące się z dzieciństwem, błogostanem, nicnierobieniem, gonitwą pod blokiem z innymi dzieciakami, wiecznym brakiem czasu na zjedzenie spokojnie posiłku, gdy nogi już rwą się do ferajny czekającej na zewnątrz. W końcu wyjazdy z rodzicami, wczasy z dziadkami, wyprawy na kolonie, obozy harcerskie czy wypady na biwaki. Zapach wonnych kwiatów na łąkach, porannej rosy na trawach, rześkich poranków i rozgrzanych po słonecznym dniu wieczorów. Wakacje… już nie dla nas.

                       

My, dorośli, pracujący na etatach, używając słowa wakacje mamy zwykle na myśli dwutygodniowy urlop. Wizja dwudziestu sześciu wolnych dni w roku zarazem nas cieszy, ale i przeraża. Kto i kiedy tak drastycznie dokonał zamachu na naszą wolność!?

Tekst ten jest przeznaczony dla osób, które podobnie jak ja, posiadając pasję do podróżowania i gór, gimnastykują się przez 365 dni w roku ze znalezieniem godnego kompromisu między pełnoetatową pracą, a rzeczonym 26-dniowym urlopem. Wszyscy ci, którzy są studentami, uczniami czy sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem, niekoniecznie muszą zrozumieć trud, z którym borykamy się na co dzień my, korpoludy. 

Dryń, dryń… dzwoni telefon…

– Cześć Polly, w Tatrach ma być lampa przez najbliższe dni! Nie mam się z kim wspinać, pomyślałem o tobie. Nie masz ochoty wyskoczyć na trzy dni? Ilość emocji, którą wywołuje taki telefon, jest ciężka do przyjęcia dla jednej osoby na raz. Jest wstępna euforia – bo Tatry, bo lampa, bo wspin. Jest chęć wyskoczenia z radości w górę – że tak, że już się pakuję – a właściwie po ostatnim weekendzie jeszcze się nie rozpakowałam, więc to tak jakbym już była spakowana! Już ręce przyklasnęły, serce zabiło mocniej, a oddech przyspieszył… Gdy siadam z powrotem na krzesło i zdaję sobie sprawę, że jestem w pracy, jest początek tygodnia i jedyne co mogę, to popatrzeć na kamerkę online z Kasprowego Wierchu, łudząc się, że do weekendu pogoda się utrzyma. W myśl powiedzenia: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – przeżywam podwójnie boleśnie konieczność siedzenia w czterech ścianach biura, wiedząc, że inni, gdzieś tam się wspinając, mając “warun roku”.

Wakacje wspinanie na Mnicha (fot. Wierzbicka)

Byłam, wspinałam: Mnich (fot. autorka)

Tydzień z życia korpoluda

Poniedziałek
Skoro świt dzwoni budzik. Budzę się, otwieram z przerażeniem oczy – nie wiem gdzie jestem – przed chwilą śniło mi się jeszcze, że asekuruję, że stoję na wąskiej półeczce skalnej przylążowana do stanowiska. Ale rozglądam się i widzę wygodne, duże łóżko. Co to za dźwięk myślę, kto to dzwoni, co ode mnie chce o tak pogańskiej porze? On – budzik. Wyłączam go po piątej drzemce, blisko po pół godzinie. Dotarło do mnie już gdzie jestem i jaki jest dzień. Tylko na boga, czemu ta noc trwała tak krótko? Przecież dopiero co zamknęłam oczy! Dzień trzeba zacząć od kawy, koniecznie! Kawa, śniadanie, coś słodkiego (cukier muszę utrzymywać na poziomie, bo inaczej czuję, że mogę nie dożyć końca dnia). Za biurkiem odpoczywam, za biurkiem czuję też pojawiające się zakwasy, wychodzące siniaki i poobijania. Niczym pracownik fizyczny po skończonej robocie, odczuwam przyjemność z pracy umysłowej dla zyskania wewnętrznej równowagi. Przez osiem godzin dojrzewam do stwierdzenia, że jednak jestem bardzo zmęczona. Niezwłocznie po dotarciu po pracy do domu kładę się spać.

Wtorek
Przespałam dwanaście godzin! Rany znów jestem nie do życia! Znów budzik przerwał mi sen w najlepszym momencie. W szalonym pędzie, by zdążyć na 7.30 i odbić swoją kartę w korpo, spod byka zerkam na plecak (oczywiście jeszcze nierozpakowany) i rozmyślam, czy znajdują się w nim jakieś wilgotne rzeczy, które potrzebują niezwłocznego wyciągnięcia do suszenia, czy ewentualnie mogą jeszcze poczekać kolejne osiem godzin? Drugie pytanie rodzące się w głowie – czy w plecaku zostało jakieś jedzenie, które po przyjściu z pracy ożyje i powita mnie od progu? Patrzę na zegarek – nie mam czasu – niech się dzieje wola nieba! Pędzę do pracy, a tobą plecaku zajmę się później! Wieczór kończy się wypakowaniem, segregowaniem prania na adekwatne względem koloru kupki i… pierwszego sprawdzania pogody na weekend.

Byłam, latałam - glajty w Sierra Nevada (fot. autorka)

Byłam, latałam – glajty w Sierra Nevada (fot. autorka)

Środa
Czas by wybadać teren… zapuścić wici wśród znajomych a propos ich weekendowych planów, zaznajomić się z mapą pogodową kraju i okolic, prześledzić fronty pogodowe nadciągające w miejsce potencjalnego celu podróży, w końcu wyciągnąć mapy, zadać kilka pytań Googlowi i powoli zacząć planować nowy weekend. W międzyczasie “pranie się robi”, “dom się sprząta”, a i na zakupy znajdzie się czas. Środa, powiedzmy, jest jednym z normalniejszych dni w tygodniu, a przynajmniej takie pozory sprawia.

Czwartek
Gorączka przedweekendowa. To już zdecydowanie czas, by podjąć ostateczne decyzje, co, jak, gdzie, kiedy i z kim. To także dzień spotkań klubowych w moim speleoklubie, czyli ostatni moment, by po rozmowie ze znajomymi zmienić ewentualne plany i trajektorię weekendowego lotu. Warunkiem zmiany destynacji weekendowej jest solidna argumentacja koleżanek czy kolegów klubowych za proponowanym przez nich wyjazdem oraz prosty rachunek zysków i strat. Jest to też ostatni moment, by z klubu wypożyczyć niezbędny sprzęt, topo czy przewodniki. Czwartek zazwyczaj kończy się późno w nocy. Trzeba spakować plecak i dopiąć wszelkie formalności przed wyjazdem: wydrukowanie map, topo, szkiców, relacji, czy wszystkiego innego, co związane jest z przeprowadzeniem skutecznej akcji.

Byłam, widziałam - Horseshoe Bend (fot. autorka)

Byłam, widziałam – Horseshoe Bend (fot. autorka)

Piątek
Prawdopodobnie jedyny dzień tygodnia kiedy zrywam się na równe nogi wraz z pierwszym dzwonkiem budzika. Lista rzeczy do dopakowania i zrobienia przed pracą jest długa, więc nie mogę sobie pozwolić na kolejne drzemki. Powracającą niczym bumerang myślą jest – nie zapomnij szczoteczki do zębów, nie zapomnij szczoteczki do zębów. I co… koło południa wysyłam z pracy sms do Wojtka – weź proszę z łazienki moją szczoteczkę do zębów. Plecak zazwyczaj jest lepiej spakowany niż moja torebka do pracy. Będzie na mnie czekać aż do 16.00, kiedy to wpadnę szybko do domu z trasy – korpo – Tatry, by go porwać. Tego dnia strój w pracy jest trochę luźniejszy. Odpadają kategorycznie szpilki oraz marynarki, spódczniczki czy sukienki. Strój jest uniwersalny – ma się sprawdzić w pracy, podczas podróży i po zmianie obuwia na górskie, również na ewentualnym podejściu do schroniska. Piątek to też dzień, kiedy kładąc się późno w nocy w śpiworze na taborze pod Morskim Okiem myślę o poranku spędzonym w pracy jako czymś zupełnie nierealnym i odległym o conajmniej dwa dni! Zdaję sobie sprawę, że wstałam dwadzieścia godzin temu…

Sobota i niedziela…
… bo oba te dni można potraktować jako całość, jako jedną czasoprzestrzeń. To dni, w których bezapelacyjnie nie podejmuje się nigdy decyzji o wyspaniu i wypoczęciu. To dni, kiedy budzik może zadzwonić o 4 nad ranem, a człowiek i tak jest pełen wigoru i werwy! To dni, kiedy nie odczuwa się głodu czy zmęczenia. Kiedy daje się z siebie 150% normy. Podchodzi trzy godziny pod ścianę z ciężkim plecakiem, wspina przez kolejne sześć, a później schodzi powłócząc już nogami. Ale nagle wpisując swój powrót do książki wyjść w schronisku spotyka się kilkoro znajomych, z którymi trzeba uczcić sukces górskiej akcji przy chłodnym piwie z widokiem na Morskie Oko i Mięguszowieckie Szczyty. To dni kiedy czujemy się nieśmiertelni, kiedy czas wydaje nam się być z gumy i pomieścić wszystkie zaplanowane przez nas działania. W góry wychodzimy jako pierwsi, w doliny schodzimy jako ostatni. Dziewięciokilometrowy odcinek asfaltu z Morskiego Oka na Palenicę pokonujemy w niedzielną noc przy blasku czołówek. Powoli czujemy ciążący nam plecak, zmęczone nogi, pocharatane ręce. Pytanie czy to zmęczenie daje się już we znaki, czy wizja poniedziałku w biurze zaczyna ciążyć? Ale spokojnie – przecież jutro odpoczniemy w pracy – jest winda, jest wygodne krzesło i biurko, ani my sami, ani nikt inny nie będzie nam nakazywał gnać przed siebie 20 kilometrów!

I tak tydzień za tygodniem, weekend za weekendem gna czas… Dopóki nie nadejdą wakacje!

Wakacje

Wakacje są czasem rozciągającym się zwykle od wesołego oddania karty urlopowej do kadr, po smutny powrót do tychże kadr z wnioskiem o dofinansowanie wypoczynku z tzw. ,,gruszy”, które podreperuje opłakany po wakacjach stan konta. Wakacje zwykle dobiegają końca szybciej, niż się zaczęły, a wakacyjne plany mają to do siebie, że pięknie wyglądają w fazie… planowania. Zakładamy zatem czas na wyspanie, czas na przeczytanie zaległych książek i prasy, spotkania z przyjaciółmi, podróże, wyjazdy, cele sportowe, melanże i ogniska. Właściwie gdybyśmy do listy dorzucili sobie na dokładkę wybawienie świata od całego jego zła, nie mniej karkołomna stałaby się nasza lista. Wakacje do połowy przebiegają w błogiej atmosferze, a dni wydają się nawet ciągnąć. Dziwnym trafem po przekroczeniu magicznej połowy pobytu, czas ucieka jak szalony przez palce. Po wakacjach wracamy jak po weekendzie. Zmęczeni na tyle, że przydałyby się dodatkowe dwa dni urlopu by je odespać!

Byłam, spacerowałałam - Todra (fot. autorka)

Byłam, spacerowałam – Todra (fot. autorka)

Daj bóg, że gdy zdrowie, zasobność portfela, wyrozumiałość szefa, czy członków rodziny, pozwalają, by w życiu mieć tylko takie dylematy, jak połączyć pasję z pracą. Idealnym oczywiście rozwiązaniem byłoby zarabianie na tym, co się kocha – czyli w naszym przypadku górach. Ale co, gdy zawodowo związani jesteśmy ze zgoła odmienną branżą? Jak wtedy pogodzić te dwie rzeczy? Oczywiście dla szefostwa najlepszym zapewne rozwiązaniem byłoby mieć nas na stałe w pracy, dla przyjaciół wolnych strzelców na każdy telefon i ,,zawołanie”. A nam samym cóż pozostaje? Najwyraźniej nauczyć się trudnej sztuki bilokacji!

                   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.