17.05.2021

Turystyka wysokogórska. Podcast z Magdaleną Gorzkowską.

Wicemistrzyni Świata w sztafecie na 400m, olimpijska reprezentantka Polski, medalistka Mistrzostw Europy, kilkukrotna mistrzyni Polski, zdobywczyni Mount Everest, Makalu, Manaslu. Z Magdaleną Gorzkowską o turystyce wysokogórskiej rozmawia Piotr Czmoch.

                       

Jak trafiłaś w góry? Skąd pomysł?

Moja droga nie była typowa. Do punktu, w którym jestem dziś, dotarłam nieco na około. Góry były w moim życiu od dzieciństwa. Z tatą chodziłam często po Tatrach. Ale od trzynastego roku życia trenowałam już wyczynowo lekkoatletykę i nie było czasu na chodzenie po górach, choć czasami robiłam tam treningi biegowe. W góry wróciłam, gdy nie pojechałam na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Szykowałam się cztery lata, to było marzenie mojego życia. Zostałam z ogromną goryczą i niespełnieniem. W wakacje mój brat zabrał mnie na Mont Blanc. Pojechałam, choć nie miałam pojęcia o wspinaniu. Wyjazd się udał, weszliśmy na szczyt. Poznałam coś zupełnie nowego, nowe doznania, nowe emocje. Od razu po Mont Blanc stwierdziłam, że chcę iść w góry najwyższe.

Dlaczego od razu ośmiotysięczniki?

Moja ambicja. Gdy dowiedziałam się, że projekt Korony Himalajów i Karakorom nie jest zrobiony przez żadna Polkę, zapragnęłam być pierwsza. Mimo, iż byłam przecież zupełnie zielona we wspinaniu. Ale wiedziałam, że zrobię wszystko, by wejść na tą drogę. To było silne marzenie. Poświęciłam całą energię, żeby się rozwijać i robić postępy, mimo, że wszystko było dla mnie nowe. Zaczynałam od zera. Ale dla mnie chcieć to móc. Wiem, że jestem w stanie dojść do tego czego pragnę. Po dwóch latach wybrałam się na Everest. To bardzo osiągalna góra. Wiedziałam, że fizycznie sobie poradzę.

Miałaś jakąś ekipę, mentora czy uczyłaś się sama?

Ta droga była samotna. Pamiętam jak wybierałam pierwsze raki na Aconcaguę. Nie miałam pojęcia co wybrać, zajęło mi to kilka miesięcy. Teraz to sprawy dla mnie oczywiste. Wyprawę na Aconcaguę organizowałam sama.

Czy jadąc na ośmiotysięczniki wynajmujesz agencję?

Na ośmiotysięcznikach bywało różnie, nie wszystkie wyprawy były wyprawami typowo komercyjnymi. Zresztą wyprawy komercyjne także wyglądają różnie. Na Evereście nie mamy nic do powiedzenia, jest lider i trzeba się podporządkować. To jest stuprocentowa komercja. Każdy idzie z Szerpą, bo nawet nie ma innej możliwości. Ale na Manaslu już jest inaczej. Znalazłam Szerpę, on zorganizował wszystko we współpracy z agencją. Przecież samemu chyba nikt nie jest w stanie np. zorganizować bazy. Wszyscy korzystają w jakimś stopniu z agencji, bo się inaczej nie da.

Różnica zaczyna się powyżej bazy. Na Manaslu ja prowadziłam akcję górską, podobnie na następnych wyprawach. Korzystam z Szerpów, ale oni nie są dla mnie tragarzami. Owszem, niosą namioty i butle z tlenem ale nie moje rzeczy osobiste. Jeśli chodzi o liny poręczowe to na wszystkich ośmiotysięcznikach na jakich byłam to była część kontraktu. Góra ma być wyporęczowana. Nikt nie poręczuje sam. Takie są realia i trzeba o tym mówić. Jeśli jadę w Himalaje, to zależy mi na wejściu na szczyt a nie na tym, żeby pracować przy zakładaniu poręczówek. To zresztą trudno połączyć.

Nawet na prostej górze jak Manaslu różnica w stylu wejścia może być ogromna. Trafiają się osoby, które nie potrafią nic. Wtedy Szerpowie robią absolutnie wszystko. Te osoby są prowadzone za rękę. Podobne jest na Evereście. Ale na tą samą górę mogą wspinać się osoby dużo bardziej doświadczone, bez Szerpów, bez tlenu, gotując samem i samemu nosząc cały swój bagaż. Obie wyprawy mogą być z tej samej agencji i operować z tej samej bazy. Podstawę mamy wszyscy taka samą: jedzenie w bazie, namioty i poręczówki. Różnica polega na tym czy z tlenem czy bez, ile butli i czy z Szerpą czy bez.

Andrzej Zawada nazwał to turystyką wysokogórską. Co sądzisz?

To jest turystyka wysokogórska z elementami wspinaczki. Nie ma to nic wspólnego z wspinaniem klasycznym. Tam nie ma żadnego wspinania. Jest chodzenie z czekanem i używanie poręczówek.

Czy uważasz się za samodzielną himalaistkę?

Fizycznie tak. Ale potrzebuję Szerpów. Dla mnie Szerpa to chodząca polisa ubezpieczeniowa na wypadek, gdyby coś się stało. Idę z Szerpą, by miał na mnie oko i w razie czego pomógł. Nie stawiam wszystkiego na jedną kartę dla góry. Na K2 wzięłam nawet dwóch Szerpów. Zresztą nie wyobrażam sobie, by jadąc na taką wyprawę, gdzie przygotowujesz się przez kilka miesięcy, wziąć tylko jednego. Co gdyby zachorował lub coś mu się stało? To wykluczyłoby mnie z akcji górskiej. Mam bardzo zaufanego Szerpę, traktujemy się jak partnerzy, ufam mu. Nie poszłabym w góry z Szerpą, którego nie znam.

turystyka wysokogórska - podcast 8academy z Magdaleną Gorzkowską
Magdalen Gorzkowska (fot. 8a)

Jaki jest twój stosunek do używania tlenu?

Zmienił się po K2. Na Everest poszłam z tlenem, to był mój pierwszy ośmiotysięcznik. Ale spędziłam dwie noce powyżej ośmiu tysięcy bez butli i czułam się dobrze. Na kolejne wyprawy pojechałam bez tlenu i zdecydowałam, że Koronę chcę robić dalej bez tlenu. Ale to nie jest dla mnie rzecz najważniejsza. Czasami to zbyt duże, niepotrzebne ryzyko, nie o to chodzi. Na K2 chciałam wejść bez tlenu. Zmieniłam zdanie, gdy poczułam trudności tej góry.

Czy nazwać cię turystką wysokogórską jest dla ciebie ujmą?

Nie, uważam, że to poprawne. Himalaista to termin bardzo nieprecyzyjny. Każdy kto pojechał w Himalaje to himalaista. W naszym kraju na miano himalaisty zasługuje ktoś kto robi pierwsze wejścia, nowe drogi, działa niezależnie. Nazywanie na nas wszystkich himalaistami to nieporozumienie. Zresztą, to co jest teraz himalaizmem a to co było nim trzydzieści lat temu to zupełnie inne rzeczy. Od doświadczonych himalaistów otrzymałam sporo wsparcia. Trening prowadziłam z Arturem Małkiem. Piotr Tomala pomagał w decyzjach sprzętowych. Leszek Cichy pomagał mi w planowaniu obozów, w topografii. Dzwoniłam do niego nawet z bazy.

Jakie rady miałabyś dla osób chcących iść w twoje ślady?

Nikomu nie polecam iść moją drogą. Większość osób nie ma za sobą kilkunastu lat sportu zawodowego, tak wytrenowanego ciała i głowy oraz znajomości własnych granic i możliwości. Każdy zawodowy sportowiec ma dużo łatwiej. Zwłaszcza w porównaniu do osoby, która nigdy nic nie trenowała i nagle chce iść na ośmiotysięcznik. Moja przeszłość to dla mnie 80% sukcesu.

Jeśli jednak ktoś chciałby od zera iść na ośmiotysięcznik to zalecam przede wszystkim mądry, indywidualny trening. A potem zdobywanie doświadczenia w górach i to we wszystkich górach, nie tylko wysokich. Bowiem tu nie chodzi o wysokość a o uczenie się siebie samego w trudnych sytuacjach. Czy zareaguję spokojnie? Czy się zestresuję? Podejmę głupią decyzję? Narażę partnera? Co zrobię w trudnej sytuacji? Bo to one nas weryfikują. Na ośmiu tysiącach nie ma miejsca na błędy i głupie decyzje.

Obycie z samą wysokością to druga sprawa. Trzeba to robić stopniowo, nie da się tego przeskoczyć. Ja nie mam akurat problemu z wysokością, dobrze sobie z nią radzę.

Jakie masz plany?

Projekt Korony Himalajów i Karakorum jest w mojej głowie. Nie chcę jednak po prostu wejść na wszystkie szczyty. Chcę coś dodać. Może dwa ośmiotysięczniki na jednej wyprawie? Gdy myślę na przykład o Gasherbrum I to nie widzę tam nic ciekawego. Ale gdy pomyśle: dwa Gasherbrumy – to już mnie bardziej kręci. Chodzę i tak drogami klasycznymi, więc potrzebuję coś trudniejszego niż samo wejście. Marzą mi się wejścia szybkościowe, w jeden dzień baza – szczyt – baza. Prędzej czy później to zrobię na którejś górze. Spodobały mi się też wyprawy zimowe. Jestem ciekawa jak wygląda zima w Himalajach, zapewne inaczej niż w Karakorum.

Finansowanie masz zapewnione? Współpraca z InPostem jest długoterminowa?

Jak najbardziej. To jest chyba najlepsza rzecz jaka mnie spotkała. Zapracowałam sobie na to. Na początku był kredyt na osiemdziesiąt tysięcy złotych by jechać na Everest. By jechać na Makalu i Lhotse sprzedałam dom. Od trzeciej wyprawy już nie muszę się martwic o pieniądze, bo każda poprzednia wyprawa kończyła się sukcesem. InPost pokrywa 100% kosztów. Dla wielu osób pieniądze to bariera na takich wyprawach. Ale wszystko jest do zrobienia, to tylko pieniądze. Jeśli ktoś potrafi sprzedać swój projekt tak by był intersujący dla sponsora to dlaczego nie? Setki razy odbiłam się od ścian starając się o pieniądze. W końcu się udało. To sztuka utrzymać sponsora na stale. Póki co, tak jest. I oby tak dalej.

                   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.