Trening wspinaczkowy dzieci - podcast z Renatą Piszczek | 8academy
29.10.2021

Trening wspinaczkowy dzieci – podcast z Renatą Piszczek

Rozmowa z Renatą Piszczek - współwłaścicielką krakowskiej ścianki ReniSport, jedną z najbardziej utytułowanych polskich wspinaczek, ale również trenerką "Dzieci ReniSportu", do której należy dwóch Mistrzów Świata we wspinaczce oraz całe grono osób należących do czołówki polskiego wspinania. Pytamy Renatę jak powinien wyglądać trening dzieci, na co zwrócić w tym treningu szczególną uwagę, jak również czego unikać.

                       

Jak doszło do tego, że zaczęłaś trenować dzieci?

To jest długa i trochę przypadkowa historia. Zaczęłam od treningów samej siebie, jak wszyscy. Zaczęłam się wspinać gdy sama byłam dzieckiem. O samych zawodach w ogóle nie myślałem na początku. Myślałam o wspinaniu jako o pasji, o formie ruchu. Bez szczególnych konkretów. Nie było tak, że od razu miałam wyobrażenie mojej przyszłej kariery wspinaczkowej. Nic z tych rzeczy. Zmiana, która przeszłam odbyła się pod wpływem zawodników ze wschodu. To oni pokazali mi odsłonę zawodów i samego wspinania, której u nas po prostu nie było.

Owszem u nas byli zawodnicy, ale pojedyncze osoby. Na zawodach startowało po kilkanaście osób. Konkurencja żadna, nie było się od kogo uczyć. Trudno było kształtować pomysł na życie i rozwój swojego wspinania. Wtedy poznałam ekipę ze wschodu: Ukraińcy, Rosjanie, Kazachowie. To była elita wspinaczkowa. Pojechałam na Krym i nagle eureka! tam wszyscy się wspinali. To był sport. Było mnóstwo rzeczy, o których u nas nikt nie słyszał. To był moment, gdy uświadomiłam sobie, że jeśli chcemy cokolwiek znaczyć i pchać ten sport do przodu to to musi być taki właśnie kierunek.

Kiedyś zobaczyłam zawody dziecięce na Krymie. Startowało ponad 300 dzieciaków! A to była ledwie garstka tych, którzy trenowali. Wtedy w Polsce w ogóle nie było dzieci, które trenowały. Nawet w skałach nie było widać dzieci wspinających się. Wtedy zobaczyłam, że coś takiego jest możliwe i chciałam przełożyć to na nasz grunt i nasze możliwości. Od tego się wszystko zaczęło. A wiesz, wtedy trening to była bardzo strzeżona tajemnica. Nikt ci nie powiedział jak trenuje, każdy to robił w tajemnicy, każdy swoją metodą. Nie było przekazywania wiedzy. Skąd mieliśmy się uczyć?

Łatwiej było trenować dzieci kiedyś czy teraz?

Pod względem finansowym i jakości zaplecza zdecydowanie łatwiej jest teraz. Wszystko jest dostępne. Są trenerzy, są ściany wszędzie, skały też już nie są tak odległe, bo każdy ma samochód. Ale w kontekście osiągania sukcesów jest trudniej. Dlatego, że wpadliśmy w jakiś kierat oczekiwania błyskawicznych sukcesów Już teraz, natychmiast, najlepiej po dwóch latach treningu chcemy mieć mistrzów sportu. To droga donikąd. Z przerażeniem czasami patrzę z boku na trening wspinaczkowy dzieci. To nie tędy droga. Ale to nie jest problem tylko naszej dyscypliny. Wszędzie stawia się na sukces w zbyt krótkim okresie czasu. Gdy dzieciaki dochodzą to szczytu swych możliwości są tak skontuzjowane lub zniechęcone, że zostaje niewielu. Pod tym względem jest trudniej. Mało kto potrafi się odizolować od presji sukcesu i dać sobie czas potrzebny do tego żeby w naturalny i spokojny sposób przygotować mistrza.

Ja ten czas miałam, bo nikt ode mnie niczego nie oczekiwał. Na tym polegał sukces naszej ekipy. Nikt nie kwestionował tego co robię. Więc spokojnie, na bazie tego co się nauczyłam, przygotowałam dzieci do startu. I gdy już wystartowały to nawet nie miały świadomości jak dobre są. Marcin Wszołek, Kinga Ociepka, Kasia Długosz – oni wygrywali wszystko co było do wygrania. Miałam ten czas i dobrze go wykorzystaliśmy.

Skąd bierze się presja we wspinaniu, o której mówisz?

Z wielu kierunków. Podam ci przykład: zawody boulderowe dla dzieci rok przed pandemią. Komentowaliśmy je potem szeroko. Dwie dziewczynki wspinały się na tych samych boulderach. Pomagały sobie, podpowiadały patenty i obie zrobiły. W pewnym momencie wbiegł tata jednej z nich i zaczął krzyczeć: co ty robisz! przecież ona jest twoją konkurentką, nie pomagaj jej! Nie mogliśmy go odciągnąć. Musieliśmy zawołać ochroniarzy by blokowali dostęp do dzieci. To aż trudno skomentować. Przecież to nie dopuszczalne. A jednak się wydarzyło. I to nie są przypadki odosobnione. Rekompensowanie braku własnych sukcesów i przekładanie własnych niespełnionych ambicji na swoje dzieci to pierwsze źródło presji.

Zawsze uczono mnie na Krymie, że czas opanowania techniki to są lata. Lata treningu wspinaczkowego, poprawek, konsultacji. U nich taki system treningowym został wprowadzony już prawie 30 lat temu. Każde dziecko, które zaczynało się wspinać miało założony taki kajecik. W nim zapisywano każdy dzień treningu wspinaczkowego, dokładnie rozpisywano co na nim było robione, zadania domowe, wyjazdy, wszystko. Można było się cofnąć i zobaczyć jak wyglądał trening, nawet jeśli trener się zmieniał. To powodowało, że edukacja była mądra i przemyślana.

Zastosowałam to samo. Najpierw technika, technika, technika. Dopiero później parametry siłowe. To przynosiło dobry, długofalowy efekt. A to jest najważniejsze. Teraz jest tendencja, by elementy siłowe wprowadzać jak najszybciej. To bez sensu. Bo już za rok, ktoś musi startować w zawodach, bo efekty muszą być szybko widoczne. Jednego mistrza jest łatwo wyhodować. Czasami nawet sam się wyhoduje. Ale stworzyć całą grupę zawodników na najwyższym poziomie to jest sztuka.

trening wspinaczkowy dzieci
Trening wspinaczkowy dzieci. Renata Piszczek w studio 8a.pl (fot. 8academy)

Czym się różni trening wspinaczkowy dzieci od treningu dorosłych?

To wszystko zależy od wieku, w którym się zaczyna. U nas wspinają się cztero-pięciolatki. Wtedy to zabawa, nie trening. I tak powinno zostać jeszcze bardzo długo. Przychodzenie na ścianę ma się im po prostu dobrze kojarzyć. Wprowadzanie elementów treningu wspinaczkowego dzieci jest bardzo indywidualne. Sporo zależy od grupy. W grupach rekreacyjnych wyrównuje się poziom do najsłabszego. W grupach sportowych równa się do najlepszego. Zawsze jest lider, który ciągnie grupę. Nie ma zasady, że w określonym wieku wprowadzamy trening wspinaczkowy dzieci. Robimy to, gdy widzimy, że są już odpowiednio elastyczni, czują dobrze wspinanie i chcą robić trudniejsze rzeczy. Ale wtedy nadal nie stosujemy siłowych ćwiczeń.

Zwłaszcza, że oni za chwilę zaczną rosnąć. Po kilku latach nie poznajesz tych dzieci. U nastolatków następuje burza hormonów, dziewczynkom przesuwa się środek ciężkości ciała, wiele z nich wtedy przestaje się wspinać. Wszystko się zmienia. Potrzeba wielkiej mądrości instruktora, by zrozumieć te mechanizmy i nie zaburzać ich. Jest mnóstwo składowych. Trenerzy zajmujący się dziećmi powinni się tego uczyć.

Na Krymie nauczyłam się, że to nie jest tak, że jest trener, który cię prowadzi od początku do końca. Nic bardziej mylnego. Trenerzy byli dedykowani do danych grup dzieci, trenowali ich przez dany okres czasu, potem przejmował ich ktoś inny. Ale zawsze był ten kajecik, dzięki któremu nie popełniano błędów treningowych. Dopiero później następowała selekcja najlepszych i ci trafiali do trenerów, którzy prowadzili ich już w sensie sportowym. To dawało efekty.

U nas, w mojej ocenie, wygląda to tak: przez jakiś czas trenujemy pod okiem trenera a potem każdemu się wydaje, że jest na tyle dobry, że trenera już nie potrzebuje. Zaczyna się wspinać sam na bazie swoich doświadczeń i tego czego się nauczył od kolegów. Ale nie ma już planowej taktyki ani treningów. Na przykład takich jak prowadzi Maciek Oczko. On jest numerem jeden w Polsce. Samodzielnie można iść na lody albo na spacer na Planty. Sukcesy osiąga się grupowo. Bez wsparcia z zewnątrz sukces nie będzie długofalowy i trwały.

Ile razy jest tak, że nie chce się iść na trening? Że idziesz z obowiązku. No dobra, trenujesz, bo trzeba. Ale nie robisz tego co należy, tylko to co sam sobie kreujesz. To podstawowe zakłamywanie rzeczywistości treningowej. Ja miałem szczęście do osób, z którymi trenowałam. Bardzo dobrze wspominam treningi na przykład z Tomkiem Oleksym. On zawsze wprowadzał atmosferę walki do końca. Można się było tego nauczyć od niego. Nigdy nie był przygotowany na zawody a mimo to zawsze występował dobrze. Bo potrafił wykrzesać z siebie moc zawodniczą.

Kiedyś startowaliśmy na zawodach w Chinach. Jechaliśmy chyba trzy dni, dwie noce spędziliśmy na lotniskach. Wyglądaliśmy potwornie, byliśmy strasznie zmęczeni. Przyjechaliśmy za późno, ja spóźniłam się na swój start ale Tomek mógł jeszcze wystartować. Po tych trzech dniach bez spania i bez dobrego jedzenia wpadł na zawody i przeszedł do drugiej rundy! To pokazuje klasę zawodnika. Powinien być prowadzony dalej przez kogoś, by mógł rozwijać ten talent i potencjał. A my w pewnym momencie stajemy w rozkroku, już nic nie jesteśmy w stanie wykrzesać i marnujemy to co zrobiliśmy wcześniej. Najgorsze to przestać trenować z trenerem.

Na Krymie mieliśmy zajęcia z psychologii wspinania. Uczono mnie wizualizacji mojego sukcesu i tego co chcę osiągnąć. My, Polacy, zawsze widzieliśmy się na końcu peletonu: za słabi jesteśmy, nie mamy ścian. Zawsze na nie. A tam mówiono mi, że jeśli będziesz się oglądała na koniec peletonu to tam właśnie wylądujesz. Jeśli będziesz patrzeć na podium to na nim staniesz. Ale to nie przyjdzie samo. Zabieraj się do roboty, trenuj i patrz na tych, którzy wygrywają, bo to chcesz osiągnąć. Od tego zaczęły się moje sukcesy.

Bardzo ważna jest determinacja. Nie ma bloku. Nie ma poddawania się. Może się okazać, że zrobisz ruch dalej a tam będzie nieco łatwiej, sekwencja, która akurat ci podejdzie, pozwoli się wyskoczyć w górę.

Moim problemem było to, że nie potrafiłam zrezygnować z żadnej dyscypliny. Wszystkie trzy były dla mnie fajne. Startowaliśmy we wszystkim. Prawie zawsze dostawaliśmy się do finałów przynajmniej w dwóch konkurencjach. Ale teraz dopiero wspinanie olimpijskie kreuje ten model trójboju. Czekaliśmy na to! Ale teraz już nie startujemy. Ta obecna specjalizacja nastąpiła dopiero później. W naszych czasach jeszcze tego nie było. Poza tym, wtedy dochodził jeszcze jeden czynnik: startując w trzech dyscyplinach zarabialiśmy razy trzy. Nikt nie chciał z tego rezygnować, bo to były dobre pieniądze. Lepsze niż teraz.

Co dzieci motywuje do wspinania?

Bardzo różnie. Najfajniejszą rzeczą, która motywowała to był grupa. Jeśli trafisz na dobrą grupę, która się fajnie zgrywa, to idziesz do przodu. Dzieci wzajemnie się motywują, lubią to co robią. To jest doskonałe. Drugą rzeczą jest lider, czyli trener. Ja nie ograniczałam się tylko i wyłącznie do treningów wspinaczkowych. Organizowałam im życie, jeździliśmy razem na treningi, w skały, na wyjazdy. Pamiętam jak na Wyspach Kanaryjskich Marcin Wszołek się rozpłakał. Bo był tak wzruszony i wdzięczny za to wszystko. Powiedział mi wtedy, że gdyby nie zaczął się wspinać i gdyby nie to co ja organizuję to nie miałby szansy być w takim miejscu. To oczywiście nie jest prawdą. Ale na tamten czas… Gdyby nie pokazanie tym dzieciom co można robić, to pewnie spora część z nich trafiłaby pod przysłowiową budkę z piwem. A dzieciaki są przecież super. Jestem z nich dumna i zawsze obserwuję ich karierę.

Jak można zniechęcić dzieci do treningu wspinaczkowego?

Bardzo prosto. Niewłaściwym podejściem na treningu, niewłaściwą oceną możliwości dziecka. Wachlarz możliwości jest bardzo duży. Teraz obserwuję, ze dzieciaki są coraz mniej sprawne. Może to efekt Covid-19 a może jakieś ogólnej tendencji. Wiele dzieci jest lekko otyłych, prowadzą siedzący tryb życia, przez to nie są tak elastyczne. Kiedyś bieganie po drzewach było normą. A teraz pokaż mi mamę, która na to pozwala. Ja nie znam. To pokazuje różnice jak dzieci się kiedyś ruszały i jak były fizycznie przygotowane do uprawiania sportu. Aktualnie bawią się na placach zabaw pod opieką mam. Tam wiele się nie dzieje. Gdy takie dzieci, nieco mniej sprawne, przychodzą na ścinkę, zaczynają się wspinać to jest to dla nich trudne i boją się wysokości. To pierwszy etap gdy możemy umiejętnie do nich podejść i zachęcić lub zniechęcić.

Z moich obserwacji wynika, że teraz na sekcjach wspinaczkowych jest więcej dziewczyn, to prawda?

Tak, też tak uważam. Nie wiem dlaczego. Coraz więcej dziewczyn się wspina. One wykazują coraz większą determinację. Osobiście mnie to bardzo cieszy! Ja uprawiałam sport odkąd pamiętam. I zawsze miałam koleżanki, z którymi to robiłam. Z czasem było ich coraz więcej. Ogólnie myślę, że dziewczyny są teraz bardziej aktywne. Ja nie tylko się wspinam. Chodzę po górach, chodzę na skiturach, pływam na kajakach, jeżdżę na rowerze, robię mnóstwo rzeczy towarzyszących. I zawsze spotykam dziewczyny!

Treningu wspinaczkowy dzieci: widzisz różnicę w podejściu między rodzicami, którzy sami się wspinają a tymi którzy się nie wspinają?

Myślę, że tak. Rodzice którzy się wspinają, zazwyczaj ciągną ze sobą dzieci od małego w skały. To siłą rzeczy wiąże się z większą tolerancją różnych działań dziecka, jego bezpieczeństwa, tego co dziecko może a czego nie. Tym dzieciom będzie dużo łatwiej. Ale oczywiście może być też odwrotny efekt – przesycenie środowiskiem wspinaczkowym i ciągłymi wyjazdami w skały, które zrodzi u dziecka niechęć do wspinania. To również częste. Koniec końców wybór pasji należy do dziecka.

Co dzieciom daje wspinanie?

Nie tylko dzieciom. Wspinanie jest na tyle wszechstronnym sportem że przez bardzo długi okres czasu człowiek jest młody ciałem i młody duchem. Popatrz na naszych kolegów wspinaczy. Tam w ogóle nie ma określenia wieku. Czasami, gdybym nie wiedziała ile mają lat, to patrząc z boku w życiu bym nie zgadła. Bo uprawiają sport, który pracuje na mięśniach głębokich. Dzięki temu cały czas jest się mocno elastycznym. To samo dotyczy dzieci i osób po sześćdziesiątce. Spójrz na Wojtka Kurtykę – ma swoje lata a wygląda jak czterdziestolatek. Oprócz tego wspinanie oczywiście daje okazję do wyjazdów w fajne miejsca, poznawania ciekawych ludzi. Ale aspekt zdrowotny jest podstawowy.

Można dzieciom zepsuć zdrowie przez wspinanie?

Tak. Każdy sport niewłaściwie prowadzony może prowadzić nawet do kalectwa.

Czy wspinanie jest takim sportem, w którym dobrze zacząć jak najwcześniej?

Tak, wtedy dostaje się duży bonus. Zwłaszcza pod względem motorycznym. Łatwiej jest. Kiedyś zazwyczaj zaczynało się w okresie studenckim. W szkole średniej czy podstawowej nikt się nie wspinał. Jak się zaczynałam wspinać, byłam najmłodsza w klubie. Rodzice nie chcieli mi dać zgody na kurs skałkowy, bo uważali, że zaraz pojadę w Himalaje! A ja w ogóle nie miałam takiego pomysłu.

Jak postępować z dziećmi, które boja się wysokości?

Sama się bałam. Uważam, że można się z tym po prostu oswoić. Jeśli wspinasz się z zaufaniem do asekuracji to lęk powoli odchodzi. Zawsze zostaje jakaś obawa przed lotem, ale jednak prowadzisz kolejne drogi. Dlatego, że kwestia bezpieczeństwa nie ma już żadnego znaczenia, masz to poukładane w głowie. Lęk wysokości daje się opanować, to kwestia czasu i ilości przewspinanych mądrze dróg.

Czy jest coś co może dyskwalifikować jakieś dziecko?

Nie. Nie ma takich rzeczy. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wcale to nie jest tak, że największe sukcesy odnosiły osoby najbardziej zdolne. Te najczęściej szybko się wypalają. Największe sukcesy odnosiły dzieci, w przypadku których nic nie wskazywało by miały w sobie taki potencjał. Były za to bardzo pracowite. Na przykład Marcin Wszołek. Był najsłabszy ze wszystkich. Gdy przyszedł do nas to nawet nie mieścił się w środku sprawności całej grupy. Ja wielokrotnie byłam pełna podziwu do tego jak i gdzie trenuje. Trening, trening, trening. Determinacja.

Jest coś takiego jak talent do wspinania?

Zdecydowanie tak. Przykładem może być Andrzej Mecherzyński. Ma ogromny talent. Niestety zmarnowany. Oczywiście doceniam to co osiągnął. Ale biorąc pod uwagę to czym dysponował na starcie, to jak wiele miał kontuzji, przerw w treningu i tak potrafił pojechać na zawody i wygrywać. Absolutnym talentem była też Kasia Długosz. Kinga Ociepka też nie była liderką. Wręcz odwrotnie. A proszę, sukcesy ogromne. Pracowitość i determinacja daje długoterminowe sukcesy. Nie sztuka wygrać jedne zawody, to czasami się po prostu udaje. Sztuka być mistrzem przez szereg zawodów i udowadniać swoją pozycję w różnych miejscach, ciągle być w czołówce i rywalizować z najlepszymi. To pokazuje klasę i poziom.

Czy profesjonalizm nie psuje przyjemności ze wspinania?

Wspinanie to sport plenerowy przecież. Ścianki to tylko substytut w krajach takich jak nasz, gdzie pogoda nie pozwala się wspinać cały rok. Jedynym minusem profesjonalnego treningu jest ogromny reżim. Nie można sobie pozwolić na wiele rzeczy, bo zawsze trzeba zrobić trening. Nie ma czasu na drobne przyjemności i inne sporty. To była cena, którą ja osobiście płaciłam. Ale teraz, gdy już przestałam być zawodniczką, to nadrabiam te straty a nadal się wspinam.

Z czego czujesz większą satysfakcję – z własnych osiągnieć czy z “dzieci Reni Sportu”?

Z jednego i drugiego. To naczynia połączone: nie było by ich sukcesów, gdyby nie było wcześniej moich. Ale ich sukcesy to ich sukcesy, nie moje. Cieszę się, że dołożyłam do tego cegiełkę w odpowiednim czasie. Czasami taka koincydencja powoduje, że tworzy się coś fajnego. Cieszenie się z sukcesów innych mam we krwi. Chciałabym żeby w naszym kraju była mądrze poukładana ciągłość szkolenia dzieci, którą zaczęliśmy. Przyjemnie się później patrzy na ich sukcesy.

Zachęcamy do słuchania Podcastu Górskiego 8a.pl. Pełna wersja rozmowy dostępna jest za pośrednictwem serwisów:

                   

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.