Kiedy alpinista przestaje się drapać. Mariusz Rutkowski | 8academy
18.09.2017

Kiedy alpinista przestaje się drapać

Wspinaczka wysokogórska jest zajęciem szczególnie obciążonym ryzykiem wypadku. Oczywiście można zginąć tragicznie nie wychodząc z domu, ale biorąc pod uwagę statystykę, podczas wspinaczki dochodzi do większej ilości groźnych wypadków niż podczas prania.

                       

W tym kontekście zastanawiające jest, że mimo powszechności sądów o niebezpieczeństwach jemu towarzyszących oraz namacalnych dowodach prawdziwości tych sądów, alpinizmem para się wciąż pewien odsetek populacji, a tych, co się już parać zaczęli, trudno do “drapania się tam gdzie nie swędzi” zniechęcić. Nie przestajemy się wspinać mimo, że nie raz tam, w ścianie, obiecywaliśmy sobie w duchu “nigdy więcej”. Nie przestajemy, gdy słyszymy lub czytamy o kolejnych ofiarach gór, o alpinistach o kilka klas lepszych niż my, którzy mimo doświadczenia i sprawności giną w górach. Ale to elita, oni zawsze balansują na granicy możliwości… Niekiedy jednak zawodzi pocieszenie, że my przecież na tak ekstremalne drogi nie chodzimy, więc jesteśmy bezpieczni – gdy ulega wypadkowi ktoś ze znajomych. Wtedy z kolei zawsze działa prawo: “wypadek – owszem, ale nigdy ja”. Znajomy na pewno był nieuważny, nie zadbał o jakiś szczegół, nie przewidział, źle obliczył. My (świadomi jego błędów, więc mądrzejsi…) na pewno byśmy uniknęli jego losu. Czasem zdarza się, że jednak na skutek dziwnych “okoliczności przyrody”, nie unikamy. Tę próbę najbardziej bolesną i weryfikującą naszą deklarowaną od lat tzw. “miłość do gór”, przechodzimy w sposób zależny od skali poniesionych obrażeń.

Kiedy alpinista przestaje się drapać

Miłość do gór, bywa nieuleczalna… (fot. Tendon)

Prawdopodobieństwo porzucenia alpinizmu wzrasta proporcjonalnie do ciężkości urazów – aż do urazów śmiertelnych, kiedy to zakończenie działalności wspinaczkowej jest obligatoryjne (chociaż któż to wie…).

Niektórzy są mniej uparci i potrafią podjąć decyzję o wycofaniu odpowiednio wcześniej. Znamy w klubie przypadki zaniechania wspinaczki przez bardzo sprawnych taterników. (A można było przecież wspinać się tylko latem. Albo tylko w skałkach. Albo tylko do IV stopnia trudności. Albo tylko z X-em.) Niektórzy rezygnują tuż po COS-ie, inni – po pierwszych próbach samodzielnych lub zimowych. Może to wynik rozminięcia się z możliwościami fizycznymi i (chyba bardziej) psychicznymi, lub konfrontacji z wyobrażeniami, zbudowanymi na podstawie lektury książek górskich? Inni stopniowo, z biegiem lat, wycofują się w obszary życia zawodowego, rodzinnego, zakładają szkółki wspinaczkowe, zmieniają hobby. To jest naturalne i to nikogo rozsądnego dziwić nie powinno (wręcz przeciwnie – rozsądny tylko przyklaśnie…). Najbardziej zastanawiające i intrygujące są przypadki osobników, którzy uprawiają ekstremalną wspinaczkę przez długie lata, godząc się ze skalą ponoszonego ryzyka pomimo utraty bliskich, nawet tych z drugiego końca liny, a nawet po trepanacjach własnych czaszek. Gdzie jest ta granica, ten punkt, przy którym powinno się przystopować? Gdzie – jeśli nie jest nią śmierć przyjaciela, jeśli nie własna wielomiesięczna rekonwalescencja?

Ocieramy się o archetypy alpinizmu: po co się wspinamy? Co nas tam pcha, co to za swędzenie, żeby się “tam drapać” pomimo tak okrutnego zbiorowego doświadczenia? Co jest od tych doświadczeń silniejsze?

wypadki na skałkach

Jak się nie da, jak się da… (fot. Piotr Czmoch)

Odpowiedź obiektywna nie istnieje, a wszelkie próby jej udzielenia zalatywały banałem (czyż nie jest nim już samo stawianie tego pytania?). Podobnie jest z rezygnacją. Byłego szachisty nikt nie pyta, dlaczego już nie gra. Jego partnerzy nie ginęli przy szachownicy, a on sam nie leczył się po bolesnym upadku z wieży lub na skutek starcia z gońcem. Eks-alpinista w sile wieku budzi ciekawość – może przez pozorną oczywistość motywów jego rezygnacji? Potwierdza stereotypy (“to jest takie niebezpieczne”), może opowie coś dramatycznego, przytakując przypuszczeniom – ale w gruncie rzeczy wraca do normalności. Interesujące są tylko okoliczności, bo intencje są zawsze jasne: poszanowanie życia, ale… życia już bez ekstremalnych przeżyć w lodowych ścianach i granitowych okapach.

Złuda panowania nad sytuacją rozwiewa się w zderzeniu z potęgą przypadku, zbiegu niefortunnych okoliczności, kaprysów losu i rozstrzygnięć typu “reszka-orzeł”.

Kubuś Puchatek mawiał: “Wypadek to jest dziwna rzecz – nic o nim nie wiemy, dopóki się nie wydarzy”. Któż zagwarantuje eks-alpiniście, że nazajutrz po zejściu w doliny nie zginie pod kołami samochodu? A gdyby się nadal wspinał i wrócił… pojutrze? :-(((

Możliwa jest też inna odpowiedź: PO KĄPIELI. I to jest właściwe uchwycenie problemu.

AUTOR: Mariusz Rutkowski. Artykuł ukazał się wcześniej w piśmie “Asekurant” wydawanym przez KW Olsztyn.

                   

Udostępnij

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.