01.01.2019

Każdy wszystko może

Zawsze mnie dziwiło to, że w całych Alpach Polacy widzą tylko jeden albo dwa szczyty. Mont Blanc, może Grossglockner.

Oczywiście generalizuję. Polacy jeżdżą na inne szczyty w Alpach, jednak pytania w stylu „jakie buty mam kupić?” czy „jaką potrzebuję bieliznę termiczną?” dotyczą głównie Mont Blanc. Czasami ten zestaw obowiązkowy jest inny, ale Mont Blanc być musi. Można więc wysnuć wniosek, że czym ktoś jest mniej doświadczony, tym bardziej chce iść na Mont Blanc. Jeżeli ktoś jeździ na inne szczyty, można już takiego delikwenta uznać za zaawansowanego turystę. Jednak najczęściej spotykana kolejność to: Mont Blanc, Elbrus (ostatnio stał się modny Kazbek). Większym wyzwaniem (finansowym) jest Kilimandżaro. Co jest w tym dziwnego? Teoretycznie nic. Jednak u mnie w głowie cały czas pojawia się zdziwienie, że wielu ludzi nie zauważa tylu innych szczytów. Tylko najwyższe (szczęśliwie się składa, że wejście na nie jest łatwe). Znam osoby, które po wejściu na MB-E-K (oczywiście z przewodnikiem) traciły zainteresowanie górami. Czy to jest normalne?

Każdy wszystko może

Hochfurlegg / Wysokie Taury (fot. archiwum autora)

Znakiem naszych czasów jest przekonanie, że każdy wszystko może. Nie dotyczy to raczej zjazdu na nartach z Everestu, czy bicia rekordów szybkości, ale wejścia na Everest już owszem. Każdy może. Więc wiele osób wyrażających zainteresowanie górami, bierze „na tapetę” wyłącznie szczyty „must be”. Motywacja jest oczywista. To co jest najwyższe, jest najbardziej znane. „Blanka” zna każdy, nawet ten co nie chodzi po górach. “Byłem na Blanku” – to informacja czytelna dla każdego. Jest najwyższy. Potem jest dopiero Everest. Przez wiele lat mojego wspinania wielokrotnie słyszałem z ust laików pytanie: “gdzie najwyżej byłeś?” Zawsze wtedy odpowiadam, że najbardziej lubię się wspinać tak do 35-40 metrów. Wtedy następuje konsternacja… i zmiana tematu.

Do napisania tego tekstu, oprócz nastroju noworocznego planowania, skłonił mnie pewien wywiad, opublikowany w zeszłym roku (29 czerwca) w “Gazecie Wyborczej”. Wywiad z Polką (najmłodsza Polka na Evereście – nie można zapomnieć o żadnym „naj”), która zdobyła Koronę Ziemi, wieńcząc ten wyczyn wejściem właśnie na Everest. Wiadomym jest, iż obecnie nie uważa się tego za żaden wyczyn. Średnio zdrowa i sprawna osoba, mająca na ten cel ok 100 tys. zł, stanie na szczycie. Oczywiście z pomocą tlenu. Wynajęta agencja zadba już o to, aby liczba butli była odpowiednia. Przy zdobywaniu takich szczytów butle z tlenem to chyba najważniejsza kwestia. Czym więcej butli, tym bardziej prawdopodobne wejście. Jak usłyszałem kiedyś od jednego ze zdobywców Everestu: “Jeżeli masz możliwość odkręcenia butli z tlenem na maksa to tak, jakbyś w samochodzie zredukował bieg z piątki na tróję. Wyrywasz się nagle do przodu.”

Benzegg / Taury. (fot. archiwum autora)

Zdumiewa mnie jednak liczba przypadkowych osób, które chcą na tym szczycie stanąć. Z jednej strony są to np. obrzydliwie bogaci goście, którzy jeżeli tylko mają kaprys, wybierają się z bazy helikopterem na kolację do jakieś restauracji, aby rano wrócić do bazy. Oczywiście helikopterem, pomimo zasady, że lata się do bazy wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach. Mogą mieć do własnej dyspozycji po kilku guidów i butle z tlenem bez limitu. Z drugiej strony są osoby cierpliwie ciułające pieniądze. Swoje lub pochodzące z różnego rodzaju “zrzutek” czy zdobyte od pomniejszych sponsorów. Po to żeby wejść i… zmienić zainteresowania. Oto kolejny fragment wywiadu: „Czas, by na chwilę zwolnić. Ale tylko po to, by nabrać rozpędu do większego skoku. Czego chcesz spróbować? (…) Może przesiądę się na rower? Zacznę pływać? Polecę w kosmos? Chcę spróbować czegoś, czego jeszcze nie próbowałam.”

Tym co napisałem, narażę się z pewnością wielu czytelnikom, wiec już spieszę z wyjaśnieniami. Oczywiście, jedną z motywacji jakie dają góry, jest „naj-“, przy czym najbardziej „naj” to szczyty najwyższe. Szczyty najtrudniejsze to już sprawa profesjonalistów. Nie ma w tym nic złego, że każdy robi to co chce. Nic innym do tego. Znam historię trzech wspinaczy, którzy zdobywając wszystko co wtedy było do zdobycia (byli najlepsi), przestawali się wspinać. Rzucali wspinanie. Doszli do tych wyników ciężką pracą, jednak stracili motywację. Może nie widzieli nowych, motywujących celów? Może nie chcieli nowych, trudniejszych? Rozumiem takie podejście.

Tafelnock / Taury. (fot. archiwum autora)

Zastanawiam się jednak nad ogólną tendencją, zgodnie z którą wszystko jest dla każdego. Nie mam kondycji żeby wjechać na Szyndzielnię rowerem wykorzystując siłę własnych mięśni? To wjadę na rowerze elektrycznym (jestem „za” – daję tylko przykład). Nie odważę się wejść samemu zimą na Rysy, ale z przewodnikiem na Mont Blanc latem pojadę. Wiem. Nic mi do tego. Jeżeli ktoś tak mi powie, to ma rację! To nie jest moja sprawa. Gorzej, jeżeli zaczyna się przy tym usprawiedliwiać swoje cele, czy drogę na skróty karkołomnymi argumentami.

W tym miejscu warto zacytować fragment wspomnianego wyżej wywiadu, dotyczący zdobywania wysokich szczytów bez tlenu: „… taka wspinaczka jest mało rozsądna i zdecydowanie zwiększa ryzyko. Skazujesz swój organizm na długotrwałe niedotlenienie i nie wierzę, że dzieje się to bez jakichkolwiek skutków ubocznych. (…) Gdyby ktoś wjechał na Everest windą, bez aklimatyzacji, od razu by umarł.” Dla osób niezorientowanych: wspinaczka z tlenem nie jest obecnie uznawana za wspinaczkę sportową. Jeżeli np. K2 zdobędzie ktoś zimą z pomocą tlenu, zostanie to uznane za pierwsze wejście, ale świat wspinaczkowy będzie czekał na wejście bez tlenu.

Tafelnock / Taury. (fot. archiwum autora)

Prawdopodobnym jest, iż gdyby ktoś bez przygotowania wystartował w jakimś górskim biegu długodystansowym, to by umarł (jeżeli by w porę sobie nie odpuścił). Zresztą od czasu do czasu nawet ci wytrenowani biegacze umierają na trasie maratonu. Ale czy ktokolwiek wyobraża sobie, aby uczestnik biegu z tego powodu przejechał część trasy maratonu, samochodem? Bo biegnąc całą trasę można umrzeć.

Łatwość, z jaką aktualnie możemy podróżować po wszystkich kontynentach; wzrastająca siła nabywcza; wiedza, którą możemy posiąść (choćby za pośrednictwem internetu) sprawiają, iż cele, jakie sobie stawiamy, kiedyś niewykonalne, dziś stają się możliwe. Tylko… czy nie robimy sobie krzywdy? Czy nie uzależniamy się od „naj”?

Wiem, że zdobycie jakiegoś Frauenkogel czy Platenspitze nie zaimponuje. Wejście na skiturach w dobrym czasie na Preber zrobi wrażenie na pojedynczych, zorientowanych w temacie osobach. Ale przecież góry to nie tylko Mont Blanc, Grossglockner czy Elbrus. Szczytów jest dużo więcej. Dużo, dużo więcej. Dobrze jest wziąć je pod uwagę przy planowaniu górskich celów na ten rok. Bo czy warto rezygnować z setek szczytów tylko dla kilku o najgłośniejszych nazwach? Jak mówi znane powiedzenie: ważna jest droga, nie osiągnięcie celu.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.