10.05.2017

Dzień z życia zawodnika

Wielokrotnie słyszałam od ludzi mniej lub bardziej mi znanych, jak to zazdroszczą mi życia, wyjazdów, przygód. Dotyczyło to głównie możliwości, jakie dały mi wyjazdy na Puchar Świata. Faktycznie – dzięki zawodom poznałam wielu niesamowitych ludzi, odwiedziłam kraje, o których nigdy nie pomyślałabym, że tam pojadę (np. Koreę Południową, Rosję), przeżyłam różne historie (czasem zabawne, czasem mniej).

Jest to jednak tylko jedna strona medalu. Wyjazdy na zawody oznaczają długie nieobecności w domu i w kraju – rzadki kontakt z przyjaciółmi, ciągłe bycie w rozjazdach, a przede wszystkim ogromną ilość pracy, jaką trzeba przeznaczyć na treningi, organizacje wyjazdów i same zawody. Jak to wygląda w praktyce?

Dzień z życia zawodnika

Lodowy Puchar Świata (fot. autorka)

Wiosenny odpoczynek

Wiosna i pierwsza połowa lata to mój czas odpoczynkowy. Zazwyczaj spędzam go na wspinaniu w skałach/górach lub zarabianiu pieniędzy. Staram się w tym czasie odpocząć od kołowrotku, jaki zapewnia Puchar Świata. Wykorzystuję ten czas także na refleksje posezonowe oraz psychiczny i fizyczny odpoczynek. Tym bardziej, że po intensywnym sezonie zimowym z ogromną chęcią rzucam się na wspinanie sportowe.

Jak żyją zawodnicy trenujący wspinaczkę

Lekkie, łatwe i przyjemne wspinanie letnie (fot. M. Górzyński)

Druga połowa lata zapala mi w tyle głowy lampkę kontrolną informującą o nadchodzącym nowym sezonie. W zeszłym roku ten czas postanowiłam poświęcić na pracę, która przy okazji była dobrym początkiem moich rozruchów: biegałam z ludźmi po via ferratach. Dzięki tym kilku tygodniom poza oczywistymi zyskami materialnymi – udało się popracować nad formą, kondycją oraz lekkim odchudzeniem czterech liter. Wiadomo od dawna, że im mniej do dźwigania tym lepiej.

Latem zaczynam trenować

I w ten oto sposób, właściwie w okolicach sierpnia – kończy się mój czas wolny, a zaczyna ciężka praca. Znajomi już wiedzą, że coraz trudniej będzie się ze mną spotkać na kawie, a rodzina zdaje sobie sprawę, że mimo licznych zapowiedzi, następnym razem zobaczy mnie w święta Bożego Narodzenia.

Pierwszy miesiąc jest ogólnorozwojowy. Tu, od roku bardzo pomaga mi Ola Taistra. Ćwiczenia kondycyjne, z ciężarami, z trx’em, na piłce… W ramach adaptacji w moim malutkim pokoiku w Zakopanem (wymiary 3×4 m na oko) wisi trx i leży piłka fitnessowa. Początkowo treningi ułożone mam w standardowym trybie 2 dni/rest. Dopiero po kilku tygodniach przechodzę do dwóch treningów dziennie (układ dni bez zmian). Przy czym treningi te różnią się znacząco od mojego dotychczasowego postrzegania słowa „trening”. Od zeszłego roku, po wspólnej pracy z Olą, uświadomiłam sobie, że do tej pory to ja się wspinałam, ewentualnie bawiłam wspinaniem. Część ogólnorozwojowa po trzech tygodniach staje się moją znienawidzoną częścią, ponieważ są to bardzo intensywne treningi, trwające po kilka godzin i nie mające nic wspólnego ze wspinaniem. Trzeba mieć dużo samozaparcia w sobie, gdy przychodzi się na ścianę z kartką, stoperem i konkretnym planem i ładuje jak mały samochodzik, podczas gdy wokół wszyscy znajomi dobrze się bawią na baldach, śmieją, dyskutują. Ja nie jestem w stanie rozmawiać podczas treningu, a stan ten utrzymuje się dobre 20 min po jego zakończeniu.

Wspinacze na zawodach

Ciężka (nie)dola zawodnicza (fot. M. Ostrowski)

Zazwyczaj po zakończeniu fazy ogólnorozwojowej znany już jest terminarz zimowych wyjazdów: kalendarz Pucharu Świata oraz imprez krajowych i około krajowych. Dzięki temu znacznie łatwiej zaplanować pozostały do zawodów czas. W zeszłym po raz pierwszy zaplanowałam dwutygodniowy wyjazd treningowy do Rosji. Aby się do niego przygotować październik był miesiącem przeznaczonym na odświeżenie umiejętności posługiwania się sprzętem i wyrobieniu wytrzymałości przedramion. Kilka razy byłam drytoolować w skałach, jednak większość czasu starałam się poświęcać na trening z dziabami na panelu. Dodatkowo cały ten okres wyjeżdżałam w skały dbając o ogólny poziom rozwspinania. Dwa tygodnie w Moskwie od początku były przeznaczone na trening wytrzymałości i szybkości, gdyż tych elementów w Polsce nie ma gdzie ćwiczyć. 

Zawody czas zacząć

Równolegle do treningów zajmuję się pozyskiwaniem funduszy na zawody oraz organizacją kolejnych wyjazdów: papierami, wizami, licencjami, noclegami, przejazdami etc. Tak naprawdę jest to chyba najbardziej męcząca część całego przygotowania do sezonu. Od powrotu z Moskwy czas już zaczyna nieźle za… tfu! Nieźle pędzić. Po Moskwie miałam pięć weekendów z rzędu zawody: 2x Puchar Słowacji, Mistrzostwa Słowacji, Memoriał Bartka Olszańskiego i zaraz po nim wyjazd na pierwszą edycję Pucharu Świata do USA. Z przyczyn zdrowotnych oraz z potrzeby treningu – zrezygnowałam z Memoriału. To jest kolejny minus z życia zawodnika: czasem musisz podjąć decyzję w oparciu o plany startowe – pucharowe i zrezygnować z fajnej imprezy w miłym towarzystwie na korzyść spędzenia kilku godzin samotnie w małej, zakurzonej, zagrzybionej Rawie 😉

rywalizacja wspinaczy

Zgon międzyzawodowy, (fot. A. Sharman)

I w tym miejscu przechodzimy do najważniejszej części cyklu rocznego: okres startowy. Kalendarzowo przypada na zimę (chociaż zawody w USA rokrocznie odbywają się pod koniec kalendarzowej jesieni). Dla mnie jest to okres jednej wielkiej nieobecności, wyjazdów, życia na innej planecie. Wylatuję z Polski 05. Stycznia, wracam około 07. Lutego. W ciągu 5 tyg jestem w Chinach, Korei Płd, Szwajcarii, Włoszech i Francji. Z jednej strony ktoś spojrzy i powie: woooow, ile świata obejrzysz! Ale Ci dobrze! Z drugiej strony w praktyce wygląda to tak: dzień na przelot do Chin, zmuszanie organizmu do gwałtownego przestawienia się na inną strefę czasową. Zakwaterowanie, papiery, losowanie numerów, odprawa techniczna, sen. Izolacja, stres, start, stres, wyniki.

Lodowa czasówka

Kilka sekund koncentracji na lodowych czasówkach, (fot. z archiwum autorki)

Schemat powtarza się w zależności od wyników i ilości dyscyplin, w których bierze się udział. Na oglądanie świata w Chinach mam 1,5 dnia. W Korei nawet jednego. Przylatuję do Polski, biorę auto i jadę do Szwajcarii. Europejska część zawodów jest trochę lżejsza, bo pomiędzy kolejnymi startami weekendowymi można się trochę powspinać po okolicy. Albo odsapnąć nad jeziorem Garda (Arco jest co roku obowiązkowym przystankiem na mapie pucharowej w przerwie między Szwajcarią a Włochami).

Na początku lutego człowiek wraca do Polski marząc o kilku dniach odpoczynku i nicnierobienia. Oczywiście po dwóch dniach mu przechodzi i z radością rzuca się na wszystkie możliwe aktywności fizyczne, tym razem czysto „dla przyjemności”.

Reprezentacja Polski we wspinaczce

Dyskusje rosyjsko-polsko-ukraińskie (fot. UIAA)

I po co to wszystko?

Z jednej strony przedstawiam ten okres zawodniczy w ciemnych barwach: jako czas, kiedy człowiek głównie podróżuje albo się stresuje. Czemu więc jeżdżę uparcie na te zawody? Przede wszystkim mam jedno marzenie, które bardzo chciałabym kiedyś zrealizować, ale o tym póki co cicho sza. Poza tym te pięć tygodni przypomina mi trochę podróż na Marsa. Zmienia się grawitacja – zmieniają punkty odniesienia. Z przyczyn oczywistych: wszystko, co przeżywamy na zawodach – przeżywamy znacznie silniej. I nagle okazuje się, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Widziałam smutek mistrzyni po bardzo słabym występie, widziałam radość po pierwszym w życiu osiągniętym medalu na Pucharze. Widziałam nadzieję i strach, łzy rozpaczy i łzy szczęścia, a przede wszystkim silne relacje międzyludzkie jakie się tworzą w tym krótkim okresie. To wszystko sprawia, że co roku nie mogę się doczekać sezonu, a także doskonale rozumiem, czemu tak ciężko podjąć decyzję o zakończeniu startów. Niełatwo rezygnuje się z podróży na Marsa.

życie sportowca

Luz, blues i orzeszki (fot. z archiwum autorki)

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.