04.03.2017

Polska eksploracja Andów w okresie międzywojennym

Lata trzydzieste ubiegłego wieku – na mapach nadal sporo jest miejsc będących białymi plamami, miejsc niepoznanych i nieeksplorowanych, dzikich i dziewiczych przestrzeni. Szóstka taterników z Warszawskiego Klubu Wysokogórskiego podejmuje śmiałe wyzwanie - stanąć na niezdobytym jeszcze szczycie w Andach.

W tej epoce  poza zdjęciami lotniczymi próżno szukać jakichkolwiek map tego regionu. Rok żmudnych przygotowań, tysiące mil morskich podróży, a następnie szeroki wachlarz środków transportu – byle dotrzeć do celu. I tak w 1933 roku stają na ziemi argentyńskiej u przedgórza srogich, niepoznanych szczytów, w ramach I Polskiej Wyprawy Andyjskiej. To dzięki nim udało się lepiej poznać Andy oraz dokonano pionierskich wejść na ich najwyższe szczyty: Mercedario, Ojos del Salado czy Aconcagua (od niezdobytej dotąd strony wschodniej).

Dlaczego akurat Andy

Przecież leżą na drugiej półkuli, w odległości przeszło czternastu tysięcy kilometrów od naszych Tatr? Pytanie o tak niebanalny cel padało często. Natomiast kluczem do rozwikłania zagadki okazuje się być numer amerykańskiego National Geographic z roku 1931. Opisano w nim Argentyńskie Andy, na ów czas w znacznej mierze dziewicze i niepoznane. Czasopismo do Klubu Wysokogórskiego w Warszawie przyniósł ówczesny prezes Konstanty Jodko-Narkiewicz, siejąc tym tematem żywe zainteresowanie wśród klubowiczów. Oczywiście padały głosy za innymi nieznanymi regionami, jak lodowa ściana Bezingi w Centralnym Kaukazie, Pamir, czy Ruwenzori. Jednak możliwość zdobycia dziewiczych andyjskich szczytów, w tym  Mercedario, który był uważany wówczas za drugi co do wysokości wierzchołek Ameryki Południowej, pobudzała wyobraźnię zdecydowanie mocniej. Dziś wiadomo, że drugim co do wysokości wierzchołkiem jest Ojos del Salado, nie zmienia to jednak faktu, że oba pionierskie wejścia na te szczyty należą do naszych rodaków.

Po dokładnym przestudiowaniu wszystkich danych, w tym zdjęć lotniczych zarząd klubu zdecydował zorganizować wyprawę sportowo-badawczą w Andy Środkowe. Głównym jej zadaniem miało być: zdobycie Mercedario i innych niezdobytych do tej pory szczytów w grupie Ramada, dokładne poznanie tego masywu: sporządzenie szkiców topograficznych, przeprowadzenie rekonesansu geologicznego, studiów meteorologicznych, zbadanie zalodzenia oraz zebranie materiału fotograficznego.

Przygotowania do Pierwszej Polskiej Andyjskiej wyprawy rozpoczęły się kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem w grudniu 1933 roku. W skład weszły osoby, których umiejętności oraz predyspozycje korespondowały z aktualnymi potrzebami wyprawy. Kierownikiem został doktor przy katedrze fizyki Uniwersytetu Warszawskiego – Konstanty Jodko-Narkiewicz, naczelnym meteorologiem wyprawy Adam Karpiński, Jan Dorawski lekarzem, Stefan Osiecki operatorem filmowym, Stefan Daszyński geologiem, a Wiktor Ostrowski – fotografem i topografem.

eksploracja Andów

Południowa ściana Aconcagua – podejście pod Plaza Francia (fot. Wojciech Grzesiok)

Sprzęt

Rok 1933, pionierska wyprawa w mało przyjazną człowiekowi część świata – szczyty leżą na pustyni Atacama uważanej za jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na Ziemi – a tymczasem  większość sprzętu, który został zabrany jest pionierski, żeby nie powiedzieć eksperymentalny. Tym samym istnym kuriozum są np. maty na których spali członkowie wyprawy. “W celu odizolowania się od chłodnego podłoża w czasie spania w namiotach szturmowych, w śniegu i na lodzie, zabierano ze sobą kawałki gąbczastej gumy, tak zwanego musu kauczukowego. Nie były to bynajmniej materacyki w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po prostu dwa prostokątne kawałki do podłożenia pod najbardziej narażone na chłód części ciała – to znaczy pod biodro i pod ramię” czytamy w relacji z wyprawy. Do historii przeszły też buty wysokogórskie z nabitymi do podeszwy gwoźdźmi służącymi wspinaczom jako raki.

Klimat

Od wybrzeża Atlantyku argentyńską część Andów dzieli odległość wielu setek kilometrów pampy. Wiejące stąd wschodnie wiatry są bardzo słabe i zaliczają się do zjawisk rzadkich. Natomiast od zachodu, od stosunkowo niedalekiego Oceanu Spokojnego, obszary te są odgrodzone niebotycznym murem Kordylierów, przeszkodą sięgającą prawie siedmiu tysięcy metrów wysokości. Nie przedostają się przez nią chmury deszczowe, wilgoć ich osiada w postaci śniegu i lodu na szczytach.

Takie uwarunkowanie klimatyczne spowodowało występowanie charakterystycznych dla tej części świata zjawisk. Pierwszym są vientos blancos (białe wiatry) a drugim nieves penitentes (śniegi pokutujące). O vientos blancos członkowie wyprawy w książce Wyżej niż kondory Wiktora Ostrowskiego pisali tak: „Zbliżając się do przełęczy, słyszeliśmy coraz wyraźniej jakiś szum, jakieś wycie, w chwili wychylenia się na nią dopiero poczuło się owe „coś” . Wiatr dosłownie zbijał z nóg. Nie były to uderzenia wichury, oddzielne szarpnięcia przedzielone chwilami ciszy czy też względnego osłabienia huraganu. Po prostu czuło się ciągłą falę powietrza, przewalającego się z wściekłą szybkością z zachodu – przez przełęcz – na wschód. I to falę lodowatą! Pierwszym odruchem, tak naturalnym i tak ludzkim, było jak najszybciej przejść tę przełęcz, zniknąć z tego otwartego na oścież okna, zniżyć się do doliny! Tymczasem wiatr był wszędzie.”

Kolejnym zjawiskiem obrazowo opisanym w książce są śniegi pokutujące: „Mercedario broni dostępu do swojego królestwa. Już w okolicach Paso de Ansilta spotkaliśmy po raz pierwszy nieves penitentes tak zwane śniegi pokutujące. Ta nadzwyczaj ciekawa i oryginalna formacja śnieżna jest, powiedziałbym „specjalnością” Andów środkowych. Oślepiającej białości, z twardego zlodowaciałego śniegu, cięte stalagmity, rosną gęsto całymi łanami, na zboczach i dnach wysokich dolin. Piszę rosną, bo doprawdy trudno to inaczej nazwać. Gęstą szczotką stoją wprost na piargu albo wyrastają z zamarłych cielsk lodowców. Gdy się patrzy na takie pole penitentów w kierunku zachód-wschód lub odwrotnie, widzi się smukłe stożki, czasem dosłownie ostre igły. Natomiast jeżeli oglądamy je od południa lub północy – widzimy tajemniczą ręką ustawione długie szeregi cienkich lodowych płytek, stojących w ordynku, niczym żołnierze zamarli na baczność w czasie parady. Skąd się wzięła nazwa nieves penitentes? Zrozumieć można to widząc je pierwszy raz nocą, zalane trupim od księżyca światłem. Wyglądają niesamowicie. Do złudzenia przypominają długie szeregi klęczących, rozmodlonych mnichów, otulonych w białe habity i nakrytych kapturami.”

Polacy w Andach

Nevado Tres Cruces – szczyt z polską historią w tle (fot. autorka)

Sześciotysięczne zdobycze polskich wypraw w Andach

Lista zdobytych przez Polaków szczytów podczas pierwszej i drugiej Andyjskiej Wyprawy jest bardzo długa. Widnieją na niej takie giganty jak Aconcagua, na której Polacy dokonali pierwszego wejścia wschodnią ścianą. W sumie było to dziewiąte wejście na szczyt i miało miejsce 8 marca 1934 roku. La ruta de los Polacos przez wschodni lodowiec Aconcagua została powtórzona dopiero po 27 latach. Dziś- dla porównania- w sezonie akcję górską na Dachu Ameryki Południowej podejmuje ponad 6000 osób.

Do znamienitszych szczytów na których jako pierwsi stanęli Polacy należą również: Ojos del Salado, Mercedario, Monte Pissis, Pico Polaco czy Nevado Tres Cruces. To tylko kilka pozycji z listy 17 dziewiczych wierzchołków. Z tym ostatnim związana jest ciekawa historia – w 2000 roku niemiecki alpinista, Thomas Blumenstock odnalazł na szczycie kartkę zostawioną w 1937 r. przez Witolda Henryka Paryskiego na jednym z wierzchołków Nevado Tres Cruces w Andach chilijskich. Paryski pod koniec lutego 1937 roku, dotarłszy na szczyt jako pierwszy w historii wspinacz, zostawił na wierzchołku to, co akurat miał ze sobą, czyli pustą puszkę do której włożył swoją wizytówkę. Ta niczym Święty Graal Polskiego ( i światowego ) Andynizmu została odnaleziona po 63 latach i sfotografowana przez niemieckiego wspinacza. Puszka na szczycie znajduje się po dziś dzień, a dorzucić do niej swoją wizytówkę, tuż obok wielkiego Witolda Henryka Paryskiego, to zaiste zaszczyt.

Na trwałe w historii andynizmu został ślad po polskiej działalności górskiej w tym rejonie. Na mapach widnieje sporo nazw honorujących polskie wyprawy. Wartość tego nazewnictwa jest tym większa, że to nie Polacy nadawali te nazwy, lecz geografowie argentyńscy. Między innymi na trwałe w mapy wpisał się piękny, sześciotysięczny szczyt,  odkryty przez polską wyprawę w masywie Ramady i skromnie na szkicach oznaczony literą „N” – przemianowany przez gospodarzy kraju na „El Pico Polaco”. Lodowiec, którym wspinali się Polacy wschodnią ścianą Aconcagua nazwano Ventisquero Polaco, a ich drogę wejścia nie inaczej niż „la ruta de los Polacos”.

andyjskie wyprawy Polaków

Ojos del Salado od strony chilijskiej (fot. autorka)

Polacy stali się prekursorami, tego co Argentyńczycy nazywają andynizmem, a co jest mieszanką nauki oraz żywego uczucia do tych gór. Dali przykład, obudzili głód poznania tajemnic niezbadanych dolin i szczytów. Po dziś dzień, my Polacy, jesteśmy mile widzianymi gośćmi po obu stronach Andów, a hasłem wywoławczym na wiadomość, skąd przybywamy jest niezmiennie “Hola!Polacos? Más alto que los cóndores!!!”

W artykule posłużono się fragmentami książki Wiktora Ostrowskiego “Wyżej niż kondory” z 1977 r.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.

autoresponder system powered by FreshMail