17.03.2017

Jak wejść na Carrantuohill – najwyższy szczyt Irlandii

Carrantuohill wysokością nie poraża. Taką samą legitymuje się, niemalże anonimowa, Bendoszka Mała w Beskidzie Żywieckim. Ale zdobycie niepozornego wzniesienia, sąsiadującego ze schroniskiem na Przegibku, nie uprawnia do wpisania w górskie CV szczytu należącego do Korony Europy. Taki przywilej daje za to wdrapanie się na najwyższą górę Irlandii.

Jeszcze do niedawna polscy turyści widywani byli tu rzadko. Wierzchołek mierzący, według różnych źródeł, od 1038 do 1041 metrów, nie był wystarczającym magnesem, by przyciągnąć ich na odległą Zieloną Wyspę. Słowo Carrantuohill, owszem, było w Polsce znane, ale to zasługa, noszącej taką właśnie nazwę, kapeli rodem z… Rybnika. Wszystko zmieniło się po otwarciu irlandzkiego rynku pracy. Gdy Polacy zaczęli się tu osiedlać, najwyższe irlandzkie góry coraz częściej stawały się dla nich celem weekendowych wycieczek. Ja z tutejszym „tysięcznikiem” miałem okazję zmierzyć się w roku 2016. Jak wejść na Carrantuohill? Kilka wskazówek znajdziecie w dalszej części artykułu.

Szczyt, który niejedno ma imię

Wspomniane wcześniej, różnice dotyczące wysokości, nie są jedynymi rozbieżnościami. Mieszkańcy Zielonej Wyspy chyba nie do końca ustalili, jak powinien się nazywać ich, bądź co bądź, sztandarowy szczyt. Stąd w literaturze spotkać się można z szeregiem podobnych, ale różniących się między sobą nazw: “Carrantoohil”, “Carrantouhil”, “Carrauntouhil”, “Carrantuohill”, czy “Carrantual”. Od osób wciąż posługujących się językiem irlandzkim (na co dzień podobno używa go 77 tysięcy ludzi) usłyszymy, że naszym celem jest Corrán Tuathail.

Macgillicuddy's Reeks - jak się dostać?

Błękitne niebo, to nieczęsty widok w irlandzkich górach. (fot. Paweł Michalski)

Górski klan i trzy “tysięczniki”

Carrantuohill (trzymajmy się już tego terminu 😉 ) leży w paśmie Macgillicuddy’s Reeks. Co ciekawe, ta niełatwa do zapamiętania nazwa, zawiera w sobie, nazwisko klanu, do którego jeszcze niedawno należały wspomniane góry. Zachowując odpowiednie proporcje, możemy powiedzieć, że Macgillicuddy’s Reeks to takie “irlandzkie Tatry”. Pasmo może niezbyt rozległe, bo jego grań ciągnie się na odcinku 20 kilometrów, za to wyróżniające się wysokością. To tutaj znajdziemy jedyne na wyspie “tysięczniki”. Takie szczyty są trzy – oprócz Carrantuohill jeszcze Beenkeragh (1010 m n.p.m.) oraz Caher (1001 m n.p.m.).

Gdzie się kierować?

By wejść na Dach Irlandii, trzeba dotrzeć do hrabstwa Kerry, leżącego w jej południowo-zachodniej części. Podróżując z głębi wyspy, należy kierować się na urocze miasteczko Killarney (irl. Cill Áirne), a następnie wybrać drogę N72, będącą częścią słynnej Pętli Kerry (ang. Ring of Kerry, irl. Mórchuaird Chiarraí). Tą atrakcję, proponuję jednak zostawić na później, gdyż z popularnej trasy widokowej należy zjechać niedługo po minięciu rogatek miasta. Chociaż ostatnia część wiedzie krętymi, wąskimi drogami, nawigację ułatwiają charakterystyczne brązowe drogowskazy z nazwą najwyższej góry Irlandii. Pomogą one dotrzeć do jednego z punktów startowych: Cronin’s Yard lub Lisleibane.

Jak wejść na Carrantuohill

Widok na ścieżkę prowadzącą z Cronin’s Yard i Lisleibane do Diabelskiej Drabiny. (fot. Rafał Czarnecki)

Swojskie klimaty

Irlandzkie Krupówki, a może bardziej Palenica Białczańska? – zastanawiałem się jak może wyglądać “brama” prowadząca w najwyższe góry Zielonej Wyspy. Tymczasem kręta dróżka zaprowadziła nas do miejsca bardziej przypominającego gospodarstwo tutejszego rolnika, niż kurort. Trzy niskie budyneczki i parking skromny, niczym dorobek medalowy Irlandczyków na zimowej olimpiadzie. W jednym z domków jest niewielka kawiarenka i punkt informacji turystycznej. Żadnych straganów z cepelią i oscypkami. Ba, nie ma nawet budki z biletami wstępu. Tak zwana komercjalizacja chyba tu jeszcze nie dotarła, choć i tak niepozorne Cronin’s Yard to miejsce mogące pretendować do miana lokalnego „centrum turystycznego”. Wybierając pobliskie Lisleibane, mielibyśmy do dyspozycji jedynie “goły” plac parkingowy.

Niski, ale budzi respekt

O ile wspomniane „ośrodki” zaskakują skromnością, same góry robią zdecydowanie większe wrażenie, niż wskazywałyby na to cyfry opisujące ich wysokość. I trzeba przyznać, że dane te są złudne. Na Dach Irlandii wchodzić będziemy niemal z poziomu oceanu, o czym świadczy majaczący na horyzoncie, widok zatoki. Z całym szacunkiem dla równie wysokiej Bendoszki Małej, ale już wiemy, że Carrantuohill będzie zdecydowanie trudniejszym wyzwaniem. O tym, że wyspiarskiego giganta, nie należy lekceważyć, świadczą: przewyższenie liczące ponad 800 metrów oraz dosyć rozbudowane rubryki ze statystykami wypadków, wśród których nie brakuje także tych śmiertelnych.

Devil's Ladder przy Carrantouhill

Devil’s Ladder, czyli Diabelska Drabina. Już sama nazwa wzbudza respekt. (fot. Rafał Czarnecki)

Jak wejść na Carrantuohill?

Najwyższe góry Irlandii od polskich Tatr odróżnia brak znakowanych szlaków. O przepraszam! Szlaki są, ale jedynie spacerowe. Takie, jak ośmiokilometrowy Cronin’s Yard Loop, który zaprowadził nas do podnóża wzniesień ale później… okrężną drogą wracał na parking. Ponieważ mieliśmy w planie wdrapanie się na wierzchołek, dalej musieliśmy już radzić sobie bez oznaczeń.

Czar „Diabelskiej Drabiny”

Na szczęście nie ma tutaj drzew ograniczających widoczność, a ścieżka, która wije się między dwoma malowniczymi stawami Lough Callee i Lough Gouragh, jest dosyć wyraźna. Nie jest to jedyna droga, którą można stąd dostać się na szczyt, ale przeprowadzone przeze mnie metodą “na oko” badania statystyczne dowodzą, że w ładny, słoneczny dzień tą trasę wybiera najwięcej osób. Może to zasługa słynnej „Diabelskiej Drabiny” (Devil’s Ladder), która przyciąga śmiałków, a może powodem są słabo widoczne odbicia na dwie ścieżki alternatywne? A co do samej „Diabelskiej Drabiny”, tworzy ją usłany kamieniami, dosyć stromy żleb. Podobno w czasie ulew (które w tych rejonach zdarzają się dosyć często), ten odcinek szlaku potrafi dosyć szybko zamienić się w rwący potok. Zła sława tego miejsca, jest zasługą niestabilnych, bo bardzo wówczas śliskich, kamieni.

Diabelska Drabina - Irlandia

Po pokonaniu Diabelskiej Drabiny, można delektować się takimi widokami. (fot. Paweł Michalski)

Szczyt bez ścisku

„Diabelska Drabina” to najbardziej wyczerpująca część wybranej przez nas trasy, ale – przy odrobinie szczęścia – wysiłek włożony w wejście na grań wynagrodzą widoki (choć prawdę powiedziawszy błękitne niebo, ozdobione, gdzieniegdzie sympatycznymi obłokami, to nieczęsty motyw robionych tu zdjęć). By dostać się do najwyższego punktu w Irlandii trzeba jeszcze pokonać dosyć stromą, kamienistą kopułę. Fakt, że nie ma wyznaczonych szlaków powoduje, że turyści podchodzą niemal całą szerokością stoku. Sam wierzchołek, to skalne rumowisko z pięciometrowym krzyżem. Nie wiem, jak oblegany jest zazwyczaj, ale domyślam się, że nie ma tu tłumów, jakich spodziewać by się można, biorąc pod uwagę rangę tego miejsca. W każdym razie w piękny kwietniowy weekend, nie było tu wcale ścisku.

Wczytuję galerię

Góry, jeziora, ocean…

Tutejszy krajobraz przypomina trochę ten tatrzański. Szczególnie atrakcyjnie prezentują się głębokie dolinki, urozmaicone przez polodowcowe jeziorka. Jest też coś, czego próżno szukać w polskich górach, czyli widok na wrzynające się w ląd, zatoki oceanu z malowniczymi wysepkami. Takie pejzaże pozwalają zakochać się w Zielonej Wyspie!

Powrót przez „połoniny”

Sposobów na zdobycie Carrantuohill jest przynajmniej kilka, o czym świadczą sylwetki osób wynurzających się zza różnych skał. Choć wydaje się, że niektóre z tras mogą przewyższać skalą trudności drogę, którą przyszliśmy, myślimy jak uniknąć zejścia „Diabelską Drabiną”. Malutkie postacie, pojawiające się gdzieś na wschodniej grani, dają nadzieję, że ominięcie wymagającego odcinka jest możliwe. Faktycznie, przez malowniczą połoninę biegnie ścieżka kończąca się zakosami, które w sposób dosyć bezpieczny pozwalają nam na obniżenie swojej pozycji. Wybieramy więc drogę dłuższą, za co wdzięczne są nasze stawy. A skoro, już o stawach mowa, to nasz skrót kończy się przy dwóch mijanych wcześniej jeziorkach. Wcześniej tego „skrzyżowania” nieoznakowanych szlaków w ogóle nie widzieliśmy. W takim miejscu aż prosi się, by postawić drogowskaz. No ale prawdopodobnie kłóciłoby się to z lokalnymi zasadami udostępniania gór.

Wczytuję galerię

Autor – Rafał Czarnecki
Miłością do gór zaraził się w Sudetach, chociaż dziś bliżej mu w Beskidy. Kręcą go: przemierzanie szlaków z plecakiem oraz wyprawy z sakwami rowerowymi. Mocno wierzy w to, że te dwie aktywności można sprytnie połączyć, oszczędzając przy tym połowę urlopu. Pociąga go klimat Wschodnich Karpat i kultura naszych południowych sąsiadów.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.