18.04.2017

Jak i dlaczego po dwudziestu latach wspinania zaliczyłam progres?

Długoletni staż wspinaczkowy powoduje, że coraz trudniej jest podnosić poprzeczkę. Od zrobienia mojej pierwszej 8a OS minęło już 12 lat. Od tego czasu tylko raz udało mi się przekroczyć tę barierę. Największym sukcesem z lat młodzieńczych było dla mnie zrobienie drogi Geminis 8b+/c RP- było to 11 lat temu. Wtedy to pierwszy raz krzyczałam na całe gardło tak, że słychać mnie było w całym kanionie Rodellar.

Mogę powiedzieć, że przez ostatnią dekadę utrzymywałam przyzwoity poziom sportowy, bądź odbudowywałam go po licznych przerwach. Jednak od tamtego momentu, mimo wielu trudnych dróg na koncie, nie poczułam rzeczywistego progresu. Dopiero w ubiegłym roku, po dwudziestu latach wspinania po raz drugi w życiu krzyczałam na całe gardło po wpięciu się do łańcucha trudnej drogi. Był to jednak pierwszy raz w mojej karierze, kiedy na policzkach pojawiły się łzy radości. Dlaczego właśnie ten sukces wyzwolił u mnie największą satysfakcję i wzruszenie? Mogę śmiało powiedzieć, że robiąc Sprawę Honoru znowu wiedziałam, że przełamałam swoją barierę. Pokonując ją jednak w takim momencie swojego życia, czyli będąc matką dwójki dzieci, poczułam, jakbym zrobiła coś naprawdę niesamowitego. Jak to się stało i dlaczego właśnie teraz przyszedł taki sukces? Macierzyństwo raczej nie sprzyja sukcesom sportowym. A może jednak?

MOTYWACJA – bez tego ani rusz

Motywacja jest pierwszą i najważniejszą składową sukcesu. Pewne czynniki pomogą nam się zmotywować, ale sami musimy ją poczuć. Jak ją jednak odnaleźć, gdy nasz wolny czas się kurczy i brak nam energii?

U mnie motywacja przyszła w chwili, gdy chciałam ze wszystkiego zrezygnować. Ta chęć poddania się obudziła we mnie głęboko ukrytą mobilizację, bo wiedziałam, że rezygnacja ze wspinania jest rezygnacją z samej siebie. Wspinam się przez dwie trzecie mojego życia i właśnie wspinanie, zanim zostałam matką, było jego największą częścią. Procesem, w którym się spełniam i gdzie czuję się całkowicie sobą. Czymś, co motywuje mnie do stawiania sobie celów, do wytężonej pracy, co wnosi do mojego życia ogromną satysfakcję i radość. Wiedząc, że stać mnie na dużo więcej niż wspinaczkowa emerytura i wspinanie rekreacyjne, czułam, że będzie mi bardzo brakować sportowych wyzwań. Gdy uświadomiłam sobie, że bez swojego sportowego zacięcia będę po prostu nieszczęśliwa, moim celem stał się powrót do formy.

Jak osiągnąć progres?

Balderowanie w skałach (fot. M.Oczko)

Mała ilość wolnego czasu pozwoliła mi lepiej go docenić. Kiedyś nie wybrałabym się w skały mając dwie godziny wolnego twierdząc, że jest go za mało. Gdy zostałam matką, każda ilość czasu, jaką mogłam poświęcić na wspinanie była tego warta. Wspinanie oprócz satysfakcji, stało się dla mnie miejscem bez żadnych obowiązków, w którym mój umysł może odpocząć i odnaleźć wewnętrzne JA.

PLAN – nigdy wcześniej nie doceniałam tego aspektu

W środowisku wspinaczkowym, w którym się wychowywałam plan treningowy był raczej omijany szerokim łukiem. Wspinanie kojarzyć się miało jedynie z wolnością, więc niewielu chciało być niewolnikami jakiegoś planu. Obecnie okazał się on drugą najważniejszą składową mojego sukcesu.

Sama nie wiedziałam jak się za niego zabrać. Przez 20 lat wspinania w skałach i startów w zawodach polskich i międzynarodowych, nigdy nie miałam planu treningowego! Pomyślałam, że najlepiej będzie poprosić mojego ,,starego” trenera o pomoc. ,,Starego”, bo to z nim w 2000 roku wygrywałam swoje pierwsze Mistrzostwa Świata Juniorów, a przez ostatnie 12 lat wspinałam się sama. Zaangażowanie Maćka Oczko w mój trening przerosło moje oczekiwania. Jego pomysły związane z planem treningowym i celami, jakie powinnam sobie postawić sięgały dużo dalej niż moje. Gdy w mojej głowie zrodził się pomysł kilku miesięcy wytężonego wysiłku, Maciek myślał już o najbliższych 2 latach. Sprawiało to, że parę razy myślałam, że po prostu nie dam rady, że założenia są zbyt wygórowane. Chwilami będąc mocno zmęczoną chciałam się poddać. Ale drzemiący w środku sportowiec kazał mi iść na jeszcze jeden trening, zrobić kolejną sesję na chwytotablicy i kolejny raz wziąć ciężarki do rąk. Przynosiło mi to ogromną satysfakcję, którą czułam po każdym odrobionym treningu. Było to połączenie mojej motywacji z niesamowitą dawką wiary w moje możliwości, jaką dostałam od Maćka. Mając rozpisany trening dzień po dniu, nie musiałam się zastanawiać co robić, gdy czasem dopadała mnie niechęć do wysiłku. Jeśli coś było wpisane w mój kalendarz, wiedziałam, że muszę to zrobić, bo spalałyby mnie wyrzuty sumienia.

Cel, walka, satysfakcja (fot. M.Haładaj)

TRENING W DOMU – bez ciężkiej pracy i mobilizacji sukcesu nie będzie

Trening w domu pozwalał mi wykorzystywać wiele chwil, w trakcie upakowanego obowiązkami tygodnia, na krótką sesję treningową. Na takie sesje nie byłoby sensu jeździć 40 minut na Koronę, więc pewnie nie zrobiłabym ich wcale. Czas, który miałam na ścianie zawsze wolałam wykorzystać na wspinanie. Indywidualne ćwiczenia, jakie ułożyła mi Magda Terlecka (MotionLab) pozwalały mi (i dalej pomagają) stoczyć walkę z moimi słabymi stronami. Nie tracąc czasu na dojazdy i nie mając czasu na trening na ścianie 5 dni w tygodniu, mogłam naprawdę robić progres! Jednak żadna praca nie wykona się sama. Trzeba w sobie odnaleźć mobilizację (np. poprzez obranie sobie jakiegoś celu), by mimo zmęczenia, jedyną wolną chwilę w ciągu dnia zamiast na odpoczynek wykorzystać na trening. Często ważniejszy był dla mnie spokój osiągany po zrealizowanym treningu, niż odpoczynek przy kawie czy komputerze.

WIARA I WSPARCIE BLISKICH – kolejna składowa, bez której nie dałabym rady

W planie, który miałam w głowie na początku sezonu nie było celu pod tytułem ,,progres”. Mój plan zakładał jedynie powrót do swojego ,,maksa”. Sądziłam, że jak na moje możliwości, obrany cel i tak jest dość ambitny. Wynikało to z ograniczonego zaufania do swoich możliwości. Na szczęście są wokół mnie osoby, które wierzą we mnie dużo bardziej niż ja sama. Jedną z nich jest oczywiście Maciek. Gdy dostał moją odpowiedź na drogi na ten sezon (gdy byłam jeszcze bardzo słaba) stwierdził, że jestem je w stanie zrobić na początku sezonu, a co dalej? Myślałam, że się myli. Jak się później okazało błąd leżał po mojej stronie i do końca wakacji miałam poprowadzone swoje cele i jedną drogę więcej (Mechanika pręta cienkiego, Batalion Skała, Fumar perjudicia, Szaleństwo ludzi zdrowych).

Radość wspinania (fot. J. Matuszek)

Po zrobieniu Fumara dostałam od Maćka sms: ,,Kiedy Sprawa?” A ja dalej nie byłam na etapie myślenia o czymś tak trudnym. Odpisałam: ,,Najpierw Szaleństwo”. I gdy ta droga także padła, musiałam na poważnie rozważyć wstawienie się w swoją najtrudniejszą drogę w życiu. Zachęciła mnie do tego również przyjaciółka mówiąc, że jest to jedyna trudna droga, jaką mogę zrobić przed swoim bratem bliźniakiem I tak też zrobiłam.

Bez wsparcia ze strony męża, który jest jedną z najbardziej zmotywowanych treningowo osób, jakie znam, by się nie udało. Jego ,,spręż” zawsze był w stanie wywołać u mnie początkowo wyrzuty sumienia, a później „zew krwi”. Wzajemna motywacja bardzo ułatwia nam rodzinny podział czasu na trening i obowiązki. Wolny czas dzielimy z reguły po równo, więc każde z nas trenuje jeden na jeden (jeden dzień treningu – jeden dzień resta).

Odkąd się wspinam mam też ogromne i nieustające wsparcie od swoich rodziców. To oni umożliwili mi rozpoczęcie przygody ze wspinaniem. Pełni zaangażowania wozili mnie i Konrada na międzynarodowe i polskie zawody kilkanaście razy w roku do czasu, kiedy nie zaczęliśmy jeździć samodzielnie. Mimo, że sami nigdy się nie wspinali, rozumieli naszą pasję i dbali o nią jak o własną. Na nowym dla mnie etapie życia (macierzyństwie) dalej wspierają moje wspinanie. Bez ich pomocy byłoby mi znacznie trudniej. Nie raz opiekowali się swoimi wnukami, żebym ja mogła jechać w skały czy iść na trening. Mama nawet dwukrotnie wybrała się z nami na wspinaczkowy wyjazd na West, żeby ułatwić nam wspinanie na miejscu.

Progres po 20 latach wspinania? A czemu nie…? (fot. M. Haładaj)

Dlatego też wszystkim, których wymieniłam serdecznie dziękuję, bo bez nich nie osiągnęłabym swoich sukcesów. Stawianie sobie celów, dążenie do nich i czerpanie z tego radości jest dla mnie motorem do działania. Postaram się dla samej siebie dalej z tego nie rezygnować, mimo, że znowu będzie ciężej wyrwać się na trening, bo wracam do pracy. O tym, jak udaje się to pogodzić i o nowych domowych przyrządach treningowych, mam nadzieję, że napiszę już niebawem.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.

autoresponder system powered by FreshMail