25.02.2017

Aconcagua – relacja z próby pobicia rekordu wejścia

Rok przygotowań organizacyjnych do wyprawy - zbierania funduszy, testowania i kompletowania sprzętu, załatwiania pozwoleń. Kilka lat ciężkich treningów i tylko jeden dzień, jedna szansa na próbę bicia rekordu świata.

Podjęłam się realizacji projektu Aconcagua Speed Challenge, którego celem było zmierzenie się z obecnym rekordem świata wejścia na najwyższy szczyt obu Ameryk – Aconcaguę 6962 m n.p.m. Rekord należy do Brazylijki Fernandy Maciel, która trasę na wierzchołek i z powrotem, o długości 60 km i różnicy wysokości 4000 m, pokonała w czasie 22 godz. 52 min.

Wyprawę zaplanowałam na styczeń, ponieważ wtedy warunki są najkorzystniejsze, a pogoda najbardziej stabilna. W praktyce oznacza to, że zdarzają się dni, tzw. „okna pogodowe”, kiedy wiatr wieje jedynie 20-30 km/h, a temperatura odczuwalna powyżej 6000 m n.p.m. waha się w granicach -20°C. Niestety wiele jest też dni, gdy wiatr powyżej 80 km/h i temperatury odczuwalne poniżej -35°C uniemożliwiają wejście na szczyt.

Aconcagua

Nasza ekipa na początku wyprawy, w chmurach Aconcagua (fot. Marek Kowalski)

Czteroosobową ekipą dotarliśmy do Mendozy w Argentynie, gdzie trzeba załatwić niezbędne pozwolenia do wejścia na szczyt. Ze względu na specyficzny charakter mojego projektu, uzyskanie pozwolenia wymagało dodatkowych formalności, wielu pism i podań oraz obowiązkowej zapłaty 800 dolarów od każdej osoby. Ponadto musieliśmy załatwić muły, które wyniosły nasze najcięższe bagaże (120 kg) do bazy Plaza de Mulas na 4350 m n.p.m. Droga tam zajmuje dwa dni, a pokonywanie jej za pierwszym razem bez aklimatyzacji jest bardzo wyczerpujące. Należy wziąć duży zapas wody, ponieważ trasa wiedzie dnem suchej doliny, a jedyna woda to mętny potok o kolorze kawy.

Aklimatyzacja

Część pierwsza projektu to niezbędna aklimatyzacja, czyli przyzwyczajenie organizmu do warunków panujących na bardzo dużej wysokości. Bez tego nie jest możliwe nawet wejście na szczyt, nie wspominając już o próbie wbiegnięcia. Podczas aklimatyzacji spędziłam dwa tygodnie w górach, stopniowo wychodząc coraz wyżej i zakładając kolejne obozy.

31.12.2016 dotarliśmy do bazy Plaza de Mulas, która na czas trwania akcji stała się naszym domem i miejscem, gdzie zawsze czekał namiot, skromny zapas jedzenia i pitna woda. Pierwsze wrażenie, jakie wywarła na nas Plaza de Mulas nie było najlepsze. Wiele namiotów rozbitych na kamieniach, żadnego schronienia przed słońcem i stale wiejący, zimny wiatr. Późniejsze doświadczenia nocowania w obozach na 5400 m n.p.m. i 5900 m n.p.m. sprawiły, że z czasem baza stała się dla nas przytulnym schronieniem.

Wczytuję galerię

Noc Sylwestrowa okazała się najbardziej bezsenną w moim życiu, mimo tego, że wcale nie świętowałam Nowego Roku. Wysokość i zmęczenie sprawiło, że nikt z naszej ekipy nie zmrużył oka do świtu, a ranek przywitał nas bólem głowy i brakiem apetytu.

Po dniu odpoczynku, zrobiliśmy pierwsze jednodniowe wyjście aklimatyzacyjne do obozu na przełęczy Nido de Condores na wysokość 5400 m n.p.m. Wynieśliśmy część depozytu niezbędnego na atak szczytowy, w tym jeden namiot, który planowaliśmy rozłożyć na przełęczy i w nim zostawić resztę rzeczy. Po 4 godz. podejścia wolnym, ale męczącym tempem, dotarliśmy na Nido. Wysokość powoduje uczucie „niemocy”. Chciałoby się iść szybciej, ale jest to niemożliwe, a wszelkie próby przyspieszenia kończą się zadyszką i przymusowym, długim odpoczynkiem. Na przełęczy bardzo mocno wiało, a próba rozłożenia namiotu zakończyła się walką o utrzymanie go w rękach. W końcu udało się go zwinąć z powrotem i cały depozyt schować pod kamieniami. Przemarznięci, zmęczeni jak najszybciej chcieliśmy zejść do bazy.

Aconcagua próba wejścia

Rozbijanie namiotu w silnym wietrze na Nido de Condores (fot. Marek Kowalski)

W środę 04.01.2017 kolejny raz pokonaliśmy podejście na Nido de Condores. Wydeptana ścieżka wiodąca zakosami na przełęcz wydawała się być tym razem dłuższa. Szliśmy z zamiarem spędzenia 2-3 nocy w wyższych obozach, więc plecaki z jedzeniem i ekwipunkiem były bardzo ciężkie. Dodatkowo nieustający, zimny wiatr utrudniał podejście.

Tym razem udało się nam rozbić namiot, który niestety okazał się … za mały. Roztopiliśmy śnieg, żeby ugotować herbatę i liofilizowany posiłek. Noc okazała się wyjątkowo ciężka. Ciasny namiot, szron osiadający na jego wewnętrznych ścianach i sypiący się na twarz oraz silny wiatr sprawiły, że prawie nie zmrużyliśmy oka.

O poranku trudno było zmusić się do wyjścia z namiotu. Było zimno, całe ciało skostniałe i obolałe, a śpiwory i ubrania zawilgocone. Ledwo zmusiliśmy się aby zjeść nieco kisielu i kilka herbatników na śniadanie. Im wyżej tym apetyt słabszy, a wydatek energetyczny większy. Ruszyliśmy w stronę kolejnego obozu, ale z zamiarem powrotu na noc do Nido. Udało się osiągnąć wysokość 6000 m n.p.m. i zostawić niewielki depozyt w obozie Berlina na 5900 m n.p.m..

Druga noc na Nido była nieco lepsza. Moja siostra zdecydowała się wrócić do bazy Plaza de Mulas, a ja z Łukaszem po sprawdzeniu prognozy pogody, postanowiliśmy kolejnego dnia iść na noc do obozu Berlina, po czym 07.01 zaatakować szczyt. Musieliśmy tym samym skrócić planowaną aklimatyzację o 3 dni. Niestety prognozy pokazywały, że sobota jest ostatnim dniem okna pogodowego, a kolejne dni niosą ze sobą silne wiatry i bardzo niskie temperatury do -40°C.

góry w Ameryce

Obóz na przełęczy Nido de Condores (fot. Marek Kowalski)

W sobotę 07.01 o 07:30, po kolejnej z rzędu kiepskiej nocy i słabym śniadaniu ruszyliśmy w stronę wierzchołka. Było bardzo zimno i jak zwykle wiał silny wiatr. Po półtorej godziny podejścia, nie czułam już zupełnie palców u stóp. Po doświadczeniach z siedmiotysięcznika Piku Lenina, gdy odmroziłam palce i na pół roku straciłam w nich czucie, nie chciałam znowu ryzykować, tym bardziej, że kolejne odmrożenie mogłoby wiązać się z utratą palców. Wróciłam do namiotu, ponad godzinę rozgrzewałam stopy, a gdy zrobiło się cieplej zeszłam do bazy. Łukasz zdobył tego dnia szczyt. Od momentu jak się rozstaliśmy, podejście zajęło mu jeszcze 5 godzin. Przed 20:00, wycieńczony, ale zadowolony był już w bazie Plaza de Mulas.

Próba bicia rekordu

Następnego dnia odpoczywając w bazie sprawdziliśmy prognozy pogody, z których wynikało, że kolejne okno pogodowe będzie miało miejsce dnia 12.01. Nie było to po mojej myśli, gdyż planowałam zdecydowanie dłuższy odpoczynek. Z Plaza de Mulas musiałam jeszcze pokonać 23 kilometrową dolinę Horcones i dostać się do oddalonej o kolejne kilkanaście kilometrów małej wioski Penitentes, położonej na wysokości około 2600 m n.p.m. Tam chciałam spędzić kilka nocy w hostelu, żeby się zregenerować, odpocząć, umyć i najeść. Niestety miałam jedynie dwa dni odpoczynku w hostelu, podczas których musiałam zorganizować całą „akcję górską”. Nie miałam łączności z ekipą czekającą na mnie w górach. Uzgodniliśmy wcześniej kto i gdzie będzie czekał, jaki sprzęt i jedzenie będzie miał oraz „deadline” czasowy. Niestety żeby potwierdzić im godzinę startu musiałam posłużyć się dwoma pośrednikami, a zakup bananów i kilku innych rzeczy, które chciałam zabrać ze sobą na pierwszy odcinek biegu, wymagał jazdy do innej wioski, co zajęło mi kilka godzin.

W sobotę 12.01 o godz. 03:30 spod hostelu odebrał mnie kierowca Osvaldo. Obawiałam się trochę, czy na pewno się pojawi, gdyż porozumiewaliśmy się łamanym językiem polsko-hiszpańsko-angielskim i nie byłam do końca przekonana, czy się rozumiemy. Na szczęście Osvaldo był na czas, więc uznałam to za dobry początek tego niezwykle długiego dnia.

Aconcagua wskazówki

Obóz Confluencja (fot. Marek Kowalski)

Godzina 04:02- wystartowałam. Księżyc był w pełni, niebo bezchmurne, a wiatr o dziwo słaby. Pierwszy odcinek do obozu przechodniego – Confluencji, pokonałam w 1 godz. 10 min. Czułam się dobrze i trzymałam równe tempo. Za Confluencją dolina staje się zupełnie płaska, a ścieżka piaszczysta, poprzetykana kamieniami. Bieg okazał się dla mnie prawie niemożliwy. Stopy grzęzły w pyle i piachu, a w dodatku, co jakiś czas potykałam się o ukryte większe skały. Zaczęły łapać mnie skurcze w udach. Musiałam przejść do szybkiego marszu. Po 3 godz. spotkałam Marka – fotografa wyjazdu, który wyszedł mi naprzeciw z zapasem wody i jedzenia. Szybkie przepakowanie i dalej w drogę.

Po dokładnie 5 godz. dotarłam do bazy, gdzie czekała na mnie siostra. Tam zrobiłam dłuższą 30-minutową przerwę. Zmieniłam buty z biegowych na górskie. Zjadłam ciepły posiłek, a w zasadzie dosłownie kilka łyżek ryżu z warzywami, gdyż więcej nie byłam w stanie przełknąć, uzupełniłam płyny i wzięłam zapasowe ciepłe rzeczy. Od tego miejsca teren znacznie się podnosił, a wysokość zaczynała być najtrudniejszym czynnikiem.

Byłam zadowolona z czasu, w jakim udało mi się dotrzeć do bazy. Zakładałam, że pokonam ten odcinek w około 6 godz. Czułam się dobrze i wiedziałam, że mam jeszcze zapas sił i realne szanse na zdobycie szczytu, tym bardziej, że pogoda była najlepsza od czasu naszego przyjazdu.

Ruszyłam dalej z dobrym nastawieniem. Płaski etap, którego bardzo się obawiałam i gdzie odległość odgrywała kluczową rolę miałam już za sobą. Pokonałam 23 km i 1400 m przewyższenia w 5 godzin. Teraz zaczynała się zupełnie inna walka. Znaczna wysokość nad poziom morza i ponad 2600 m przewyższenia do pokonania na jedynie 7 km. Wiedziałam, że muszę dotrzeć na wierzchołek w czasie krótszym niż 9 godz., gdyż obecny rekord wyjścia wynosi 14 godz. 53 min i wiedziałam, że mam szansę.

Aconcagua wejście

Podejście na przełęcz Nido de Condores (fot. Marek Kowalski)

W obozie Nido de Condores czekał na mnie Łukasz i teraz dotarcie tam to był mój kolejny cel. Zakładałam, że w czasie do 2 godz. powinnam być na przełęczy. Z Plaza de Mulas zaczęłam podejście dobrym tempem, niestety na wysokości około 4800-4900 m n.p.m. zaczęłam bardzo słabnąć. Z każdym krokiem zwalniałam. Na przełęczy byłam dopiero po ponad 3 godzinach. Próbowałam jeszcze dalej iść. Mimo wszystko nadal miałam zapas czasu i nadzieję, że może kryzys minie. Niestety dziewiąta godzina wysiłku okazała się kluczowa. Nie byłam w stanie pokonać 100 m przewyższenia w godzinę.

Ciężko było zrezygnować, wrócić na dół. Ciężko było pogodzić się z myślą, że tyle przygotowań i włożonej pracy, a to już koniec i kolejnej szansy nie będzie. Od następnego dnia pogoda znowu miała się pogarszać, poza tym niezwykle drogi permit wejścia na teren Parku Narodowego Aconcagua dobiegał końca.

Na około 5600 m n.p.m. zawróciłam. Zeszłam wycieńczona do bazy.

Z powrotem do domu… z nadzieją na przyszłość

Spędziliśmy już ostatnią noc w Plaza de Mulas, a rano spakowaliśmy się i pożegnaliśmy z zaprzyjaźnionymi gospodarzami z naszej bazy. Na czekającą nas siedmiogodzinną drogę powrotną mieliśmy jedynie krakersy i zupę kurkową w proszku, to wszystko, co nam zostało.

Żałuję, że nie udało mi się osiągnąć wyznaczonego celu – pobić rekordu świata, ale był on najbardziej wymagającym, z jakim do tej pory się mierzyłam. Bardzo wiele czynników miało olbrzymi wpływ na powodzenie projektu. Zdawałam sobie sprawę, że gdyby choćby jeden zawiódł, cała akcja może się nie udać.

najwyższy szczyt Andów

Widok na Aconcaguę z okolicy bazy (fot. Marek Kowalski)

Myślę, że dla mnie kluczową rolę miało skrócenie aklimatyzacji oraz czasu na odpoczynek. Poza tym miałam duże problemy ze snem na wysokości, przez co organizm nie regenerował się. Nie miałam apetytu, wręcz nie byłam w stanie niczego przełknąć. Czas spędzony w górach na aklimatyzacji pozbawił mnie zupełnie sił. Nie mogłam pozwolić sobie na np. dwutygodniowy odpoczynek na nizinach, gdyż powrót i kolejne wejście na teren parku kosztowałby mnie i moją ekipę dodatkowe 3200 dolarów. Myślę, że najlepiej jak potrafiłam wykorzystałam możliwości, jakie miałam. Wiele rzeczy można było zmienić, zrobić lepiej, tylko że wszystko wiąże się z funduszami, którymi się dysponuje.

Chciałabym spróbować jeszcze raz, albo nawet kilka razy, aż do skutku. Obecna rekordzistka dopiero za trzecim razem zdobyła wierzchołek. Kto wie, może jeszcze kiedyś będzie okazja.

Udostępnij

W Temacie

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies. Dowiedz się więcej.